Miłość, która boli: Historia babci, która musiała ratować własną wnuczkę

Drzwi trzasnęły z hukiem, aż podskoczyłam na krześle. Lena wbiegła do mojego mieszkania, rzuciła plecak pod ścianę i bez słowa pobiegła do łazienki. Słyszałam jej cichy płacz przez zamknięte drzwi. Miałam ochotę natychmiast zadzwonić do mojej córki, ale wiedziałam, że to nic nie da. Znowu. To już trzeci raz w tym tygodniu Lena przyszła do mnie po szkole, choć miała wracać do domu.

Mam na imię Barbara. Mam 67 lat i nigdy nie sądziłam, że będę musiała ratować własną wnuczkę przed jej matką – moją córką. Ale życie pisze scenariusze, których nie wymyśliłby żaden dramatopisarz.

Lena ma 12 lat. Jeszcze niedawno była radosną dziewczynką – śmiała się, rysowała komiksy, grała na pianinie. Teraz coraz częściej widzę ją skuloną w kącie mojego salonu, z oczami czerwonymi od łez. Kiedyś przychodziła do mnie po ciasto i herbatę, dziś przychodzi po ulgę.

Wszystko zaczęło się dwa lata temu, gdy na świat przyszła jej młodsza siostra – Jagoda. Moja córka, Marta, długo nie mogła mieć drugiego dziecka. Kiedy w końcu się udało, cała rodzina świętowała jakby wygrała los na loterii. Ale od tamtej pory coś się zmieniło. Marta zaczęła traktować Lenę jak powietrze. Każdy gest, każde słowo – wszystko było dla Jagody. Lena stała się niewidzialna.

Pamiętam pierwszy raz, gdy to zauważyłam. Byłyśmy wszyscy na niedzielnym obiedzie. Lena chciała opowiedzieć o swoim sukcesie w konkursie plastycznym.
– Mamo, zobacz! Dostałam wyróżnienie! – wyciągnęła kolorowy dyplom.
Marta nawet nie spojrzała.
– Odłóż to, Lena, Jagoda śpi. Nie hałasuj.

Zamarłam wtedy. Myślałam: „Może jest zmęczona, może to chwilowe”. Ale takich chwil było coraz więcej. Lena przestała opowiadać o sobie. Przestała się uśmiechać.

Z czasem Marta zaczęła jawnie faworyzować młodszą córkę. Jagoda dostawała nowe ubrania, zabawki, a Lena słyszała tylko: „Jesteś już duża, nie potrzebujesz”. Nawet na urodziny dostała używaną książkę i czekoladę – podczas gdy Jagoda dostała rowerek i zestaw lalek.

Mój zięć, Paweł, próbował czasem stanąć po stronie Leny.
– Marta, może byśmy poszli razem na koncert Leny? Gra solo na pianinie.
– Nie mam czasu – rzucała Marta beznamiętnie. – Jagoda ma wtedy szczepienie.

Lena coraz częściej zamykała się w swoim pokoju. Przestała jeść obiady z rodziną. W szkole zaczęły się problemy – spadły oceny, pojawiły się uwagi o zamknięciu w sobie. Wychowawczyni zadzwoniła do mnie:
– Pani Barbaro, Lena jest bardzo smutna. Czy coś się dzieje w domu?

Serce mi pękało. Próbowałam rozmawiać z Martą.
– Córko, widzę co się dzieje. Lena cierpi.
– Przesadzasz! – krzyknęła Marta. – Zawsze była przewrażliwiona! Jagoda jest mała, potrzebuje mnie bardziej!
– Ale Lena też cię potrzebuje! – nie wytrzymałam.
– Daj mi spokój! Zawsze się wtrącasz!

Od tej rozmowy Marta przestała odbierać ode mnie telefony przez kilka dni. Paweł zaczął przywozić Lenę do mnie częściej „na nocowanie”, choć wiedziałam, że to ucieczka przed domem.

Pewnego wieczoru Lena siedziała u mnie na kanapie i patrzyła w okno.
– Babciu… czy ja jestem gorsza od Jagody?
Zatkało mnie. Jak odpowiedzieć dziecku na takie pytanie?
– Kochanie… nigdy nie byłaś i nie będziesz gorsza od nikogo.
– Mama mówi inaczej…

Przytuliłam ją mocno i poczułam jak drży cała ze smutku.

Wkrótce potem wydarzyło się coś jeszcze gorszego. Marta zaczęła obwiniać Lenę o wszystko: rozlany sok, zgubiony klucz, nawet o to, że Jagoda się przewróciła.
– To twoja wina! Miałaś pilnować siostry!
Lena płakała godzinami zamknięta w łazience.

Zaczęłam szukać pomocy – najpierw u psychologa szkolnego. Potem u pedagoga. Wszyscy mówili to samo: „Dziecko potrzebuje wsparcia dorosłych”. Ale jak mam pomóc, jeśli własna matka nie chce słuchać?

W końcu postanowiłam porozmawiać z Pawłem na poważnie.
– Paweł… jeśli Marta nie zmieni swojego zachowania wobec Leny, zabiorę ją do siebie. Nie pozwolę jej dłużej cierpieć.
Paweł spuścił głowę.
– Wiem… Ja też już nie daję rady. Ale Marta grozi rozwodem za każdym razem, gdy próbuję stanąć po stronie Leny…

Wiedziałam już wtedy, że muszę działać sama.

Zaczęłam dokumentować wszystko: rozmowy z nauczycielami, zdjęcia smutnej Leny, jej rysunki pełne ciemnych barw i łez. Zaczęłam szukać informacji o opiece naprzemiennej i prawach dziadków w Polsce. Rozmawiałam z prawnikiem rodzinnym z Ośrodka Interwencji Kryzysowej w naszym mieście.

W tym czasie Lena coraz częściej mówiła rzeczy, które mroziły mi krew w żyłach:
– Babciu… czasem myślę, że lepiej by było, gdyby mnie nie było…
Nie spałam po nocach ze strachu o nią.

W końcu nadszedł dzień konfrontacji. Po kolejnym incydencie – Marta uderzyła Lenę otwartą dłonią za to, że ta rozlała mleko – zabrałam wnuczkę do siebie i zadzwoniłam do Pawła:
– Albo coś zmienicie z Martą natychmiast, albo zgłaszam sprawę do sądu rodzinnego.
Paweł przyjechał wieczorem sam. Był blady jak ściana.
– Barbara… ja już nie wiem co robić… Ona chyba naprawdę potrzebuje pomocy psychologa…

Dwa dni później przyszła do mnie Marta. Była roztrzęsiona i zła.
– Jak śmiesz mieszać się w moje życie?!
– To nie jest tylko twoje życie! To życie Leny! – odpowiedziałam stanowczo.
– Ty zawsze byłaś przeciwko mnie!
– Nie przeciwko tobie – tylko za moją wnuczką!

Rozpłakała się wtedy pierwszy raz od lat przy mnie.
– Ja… ja nie wiem czemu tak robię… Czuję się taka zmęczona… Jagoda ciągle choruje… Paweł mnie nie wspiera…
Przytuliłam ją mimo wszystko.
– Musisz pójść do specjalisty. Inaczej Lena zostanie ze mną na stałe.

Po tej rozmowie Marta zgodziła się na terapię rodzinną. Zaczęłyśmy chodzić razem z Leną na spotkania do psychologa dziecięcego w poradni przy ulicy Sienkiewicza. Było ciężko – łzy, krzyki, żal wypływał z każdej strony. Ale powoli coś zaczęło się zmieniać.

Lena wraca do siebie bardzo powoli. Nadal mieszka ze mną przez większość tygodnia – Marta pracuje nad sobą i relacją z obiema córkami pod okiem specjalisty. Paweł zaczął być bardziej obecny w domu i wspierać starszą córkę.

Czasem patrzę na Lenę i myślę: ile dzieci w Polsce przeżywa podobne piekło niezauważenia? Ile babć musi ratować wnuki przed własnymi dziećmi? Czy naprawdę tak trudno kochać sprawiedliwie?

Nie wiem jeszcze jak zakończy się ta historia – ale wiem jedno: nigdy nie wolno być obojętnym na cierpienie dziecka. Nawet jeśli oznacza to konflikt z własnym dzieckiem.

Czy Wy też musieliście kiedyś wybierać między lojalnością wobec rodziny a ratowaniem kogoś bliskiego? Czy można naprawić serce dziecka po takich ranach? Czekam na Wasze historie i rady.