Byłam z nim do ostatniego tchu, a jego dzieci mnie wygnały jak obcą – historia Marii i Antoniego

Wszystko zaczęło się od krzyku. – Wynoś się! – wrzasnęła na mnie Marta, najstarsza córka Antoniego, stojąc w progu naszego mieszkania na warszawskim Mokotowie. Stałam tam w szlafroku, z kubkiem zimnej już herbaty w dłoni, a serce waliło mi jak oszalałe. Za jej plecami stali jej brat Paweł i młodsza siostra, Agnieszka. Wszyscy patrzyli na mnie z takim chłodem, jakbyśmy nigdy nie dzielili wspólnego stołu, jakbym nie była tą, która przez ostatnie lata podtrzymywała ich ojca przy życiu.

– Marta, proszę… – zaczęłam cicho, ale przerwała mi ruchem ręki.

– Tata nie żyje. To już nie jest twój dom. Masz tydzień na wyprowadzkę. – Jej głos był twardy, nie znosił sprzeciwu.

Poczułam się, jakby ktoś wyciągnął mi dywan spod nóg. Przez jedenaście lat byłam z Antonim. Poznaliśmy się późno – ja po rozwodzie, on po śmierci żony. Oboje mieliśmy dorosłe dzieci i bagaż rozczarowań. Spotkaliśmy się przypadkiem na targu pod Halą Mirowską. On kupował jabłka, ja szukałam świeżych ogórków na małosolne. Uśmiechnął się do mnie tak ciepło, że od razu poczułam, że mogę mu zaufać.

Zaczęliśmy od kawy w pobliskiej kawiarni. Rozmowa płynęła lekko, śmialiśmy się z własnych nieporadności i wspominaliśmy młodość w PRL-u. Po kilku miesiącach Antoni zaproponował, żebym zamieszkała z nim. Jego dzieci były uprzejme, ale wyczuwalny był dystans. Nigdy nie próbowałam zastąpić im matki – wiedziałam, że to niemożliwe.

Nasze życie było zwyczajne: wspólne śniadania, spacery po Łazienkach, wieczory z książką i herbatą malinową. Gdy zachorował – najpierw na serce, potem przyszła diagnoza: rak trzustki – stałam się jego opiekunką. Były dni, kiedy nie miał siły podnieść się z łóżka. Karmiłam go łyżeczką rosołu, czytałam mu „Lalkę” Prusa na głos, trzymałam za rękę podczas ataków bólu.

Pamiętam noc przed jego śmiercią. Siedziałam przy nim do rana. – Marysiu… – wyszeptał słabo. – Dziękuję ci za wszystko…

A potem odszedł cicho, jakby nie chciał robić kłopotu.

Pogrzeb był szybki i chłodny. Dzieci Antoniego zajęły się wszystkim – ja byłam tylko dodatkiem, kimś z boku. Nikt nie zapytał mnie o zdanie w sprawie mszy czy miejsca pochówku. Po uroczystości Marta podeszła do mnie i powiedziała:

– Proszę nie oczekiwać niczego po tacie. Dom jest nasz.

Zamurowało mnie. Przecież Antoni zawsze powtarzał: „Marysiu, tu jest twój dom”. Ale nigdy nie spisaliśmy testamentu. Byliśmy tylko partnerami – bez ślubu, bez papierów.

Tydzień po pogrzebie dostałam list od notariusza. Majątek – mieszkanie na Mokotowie i działka w Konstancinie – przeszedł na dzieci Antoniego. Ja nie istniałam w dokumentach.

Próbowałam rozmawiać z Martą:
– Marta… Przecież opiekowałam się tatą do końca…
– To był twój wybór – odpowiedziała lodowato. – My też cierpieliśmy.
– Ale ja… Nie mam gdzie pójść…
– To już nie nasz problem.

Paweł nawet nie spojrzał mi w oczy. Agnieszka płakała cicho w kącie, ale nie odezwała się ani słowem.

Zaczęłam pakować swoje rzeczy: kilka sukienek, zdjęcia z naszych wyjazdów nad morze, książki z dedykacjami od Antoniego („Dla Marysi – za każdy uśmiech”). Zostawiłam wszystko inne: meble, porcelanę po jego mamie, nawet ukochaną filiżankę z pęknięciem, którą sklejał dla mnie własnoręcznie.

Wynajęłam pokój u starszej pani na Ochocie. Każdego ranka budziłam się z uczuciem pustki i żalu. Pracowałam dorywczo jako opiekunka osób starszych – ironia losu, bo sama czułam się coraz bardziej niewidzialna.

Najgorsze były wieczory. Siadałam przy oknie i patrzyłam na światła miasta. Wspominałam Antoniego: jego śmiech, ciepłe dłonie, sposób w jaki mówił „Marysiu”. Czułam się jak duch – ktoś wymazany z czyjegoś życia.

Pewnego dnia spotkałam Agnieszkę na ulicy. Zatrzymała się niezręcznie:
– Przepraszam cię… Nie chciałam…
– Wiem – odpowiedziałam łagodnie. – Ale nie mogłaś nic zrobić.
– Marta… ona zawsze była taka stanowcza…
– Rozumiem ją – powiedziałam cicho. – Straciła ojca.
Agnieszka rozpłakała się i uciekła.

Przez kilka miesięcy żyłam jak cień. Czasem ktoś ze znajomych pytał: „Co u ciebie?”. Odpowiadałam: „Jakoś leci”. Ale prawda była taka, że czułam się zdradzona przez życie i ludzi.

Z czasem zaczęłam odnajdywać spokój w drobiazgach: zapachu świeżo parzonej kawy w małej kuchni pani Zofii; rozmowach z innymi samotnymi kobietami w parku; uśmiechu sąsiadki spod trójki.

Często myślę o tym, co naprawdę znaczy być rodziną. Czy więzy krwi są ważniejsze niż lata wspólnego życia? Czy oddanie i miłość liczą się mniej niż podpis na papierze?

Dziś wiem jedno: byłam przy Antonim do ostatniego tchu. Trzymałam go za rękę, kiedy wszyscy inni byli już tylko wspomnieniem lub wyrzutem sumienia. I choć zostałam potraktowana jak obca, wiem, że to ja byłam jego domem w ostatnich latach życia.

Czy naprawdę jesteśmy tylko tymi, których uzna rodzina? Czy może jesteśmy tymi, którzy zostają do końca? Co wy o tym myślicie?