Baran, Koza, Pies – czyli jak przeżyć z Małgosią

— Ty baranie! — wrzasnęła Małgosia tak głośno, że nawet pies sąsiadów przestał szczekać. Stałem na środku kuchni, z rozlanym mlekiem pod nogami i pustym spojrzeniem wbitym w podłogę. Wiedziałem, że zaraz poleci kolejne zwierzęce przezwisko. — Koza! — dodała, bo przecież nie mogła się powstrzymać. Wszyscy w okolicy wiedzieli, że Jan to niezdara. Raz baran, innym razem koza, czasem pies – jak jej akurat pasowało do przewinienia. Każda moja wtopa była innej skali, więc i gniew Małgosi miał różną moc.

Nie pamiętam już, kiedy ostatni raz ktoś powiedział do mnie po imieniu. Nawet dzieciaki sąsiadów wołały za mną: „Baran! Koza! Pies!” — śmiejąc się do rozpuku. Czasem miałem wrażenie, że jestem tylko zbiorem błędów, które Małgosia skrupulatnie wyliczała każdego dnia. A ona? Dla mnie była Zajączkiem, Liską, Słoneczkiem albo Jaskółką. Gdy była w dobrym humorze, potrafiła być czuła i delikatna. Ale wystarczyło jedno moje potknięcie — rozlana herbata, źle powieszona firanka, zapomniany chleb — i zamieniała się w burzę z piorunami.

Pamiętam pewien wieczór, kiedy wróciłem późno z pracy. Zmęczony jak pies (a może właśnie wtedy byłem psem?), marzyłem tylko o ciszy i kubku herbaty. Małgosia siedziała przy stole, z założonymi rękami i miną zwiastującą katastrofę. — Gdzie byłeś? — zapytała lodowatym tonem. — Pracowałem dłużej… — zacząłem tłumaczyć się nieudolnie. — Jasne! Znowu coś spieprzyłeś! — przerwała mi ostro. Wtedy poczułem się jak bezręki i beznogii – zupełnie bezradny wobec jej gniewu.

Sąsiedzi wszystko słyszeli. Ściany w blokach są cienkie jak papier. Czasem miałem wrażenie, że cała wieś żyje naszymi kłótniami bardziej niż własnym życiem. W sklepie pani Zosia patrzyła na mnie z litością, a pan Marian kiwał głową z politowaniem. — Kiedy wreszcie ten baran się ogarnie? — słyszałem za plecami.

Najgorsze były niedziele. Wtedy Małgosia miała najwięcej czasu na wyliczanie moich przewinień. Siadała naprzeciwko mnie przy stole i zaczynała: — Ty nawet jajka nie umiesz ugotować! Ty nawet gwoździa nie wbijesz prosto! Ty nawet dzieciom bajki nie przeczytasz bez pomyłki! Każde zdanie wbijało się we mnie jak kolec. Próbowałem się bronić, tłumaczyć, żartować… Ale ona była nieugięta.

Czasem myślałem o ucieczce. O tym, żeby po prostu wyjść i już nie wrócić. Ale dokąd miałbym pójść? Do matki? Do brata? Oni mieli własne życie i własne problemy. Poza tym… kochałem Małgosię. Tak głupio i naiwnie, jak tylko baran potrafi kochać swoją lisiczkę.

Były też dobre chwile. Kiedy śmialiśmy się razem przy starych polskich komediach, kiedy piekliśmy szarlotkę dla sąsiadów albo kiedy Małgosia tuliła się do mnie w nocy i szeptała: — Jesteś moim Słoneczkiem… Wtedy wierzyłem, że wszystko się ułoży.

Ale potem przychodził poniedziałek i znów byłem baranem.

Najbardziej bolało mnie to, że dzieci zaczęły mnie unikać. Nasz syn Kuba coraz częściej zamykał się w swoim pokoju, a córka Ola patrzyła na mnie z mieszaniną litości i złości. Pewnego dnia usłyszałem, jak Ola mówi do koleżanki przez telefon: — Mój tata to taki nieudacznik…

To był moment, kiedy coś we mnie pękło. Przestałem walczyć o siebie. Stałem się cichy, niewidzialny, przezroczysty. W pracy szef przestał mi ufać, koledzy przestali zapraszać na piwo po robocie. Nawet pies sąsiadów przestał szczekać na mój widok.

Pewnego wieczoru usiadłem na ławce przed domem i patrzyłem na zachód słońca. Przysiadł się do mnie pan Marian.
— Janek… długo jeszcze dasz się tak gnoić? — zapytał bez ogródek.
Nie odpowiedziałem od razu. Patrzyłem na swoje ręce – niby sprawne, a jednak jakby bezwładne.
— Nie wiem… — szepnąłem w końcu.
— Chcesz tak żyć do końca życia? — dopytywał.
— Może nie mam wyjścia…
— Każdy ma wyjście, Janek. Tylko trzeba mieć odwagę je znaleźć.

Te słowa długo dźwięczały mi w głowie. Zacząłem zastanawiać się nad swoim życiem. Czy naprawdę jestem taki beznadziejny? Czy naprawdę zasługuję na to wszystko?

Następnego dnia postanowiłem porozmawiać z Małgosią inaczej niż zwykle.
— Małgosiu… czy ty mnie jeszcze kochasz? — zapytałem cicho.
Spojrzała na mnie zdziwiona.
— O co ci chodzi?
— Czuję się… nikim przy tobie. Może powinniśmy coś zmienić?
Przez chwilę milczała.
— Ty zawsze musisz wszystko komplikować…
— Ja już nie chcę być twoim baranem ani kozą…
Wstałem i wyszedłem z domu.

Przez kilka godzin chodziłem po polach za wsią. Myślałem o wszystkim: o dzieciach, o Małgosi, o sobie sprzed lat – kiedy jeszcze miałem marzenia i odwagę mówić własnym głosem.

Kiedy wróciłem do domu, Małgosia siedziała przy stole ze łzami w oczach.
— Przepraszam… — powiedziała cicho.
Nie odpowiedziałem od razu. Usiadłem naprzeciwko niej i spojrzałem jej prosto w oczy.
— Musimy coś zmienić… dla siebie i dla dzieci.

Nie wiem jeszcze, czy nam się uda. Ale pierwszy raz od dawna poczułem się człowiekiem, a nie tylko baranem czy kozą.

Czasem zastanawiam się: ile jeszcze takich rodzin jest wokół nas? Ilu ludzi żyje w cieniu cudzych oczekiwań i własnych lęków? Czy naprawdę trzeba aż tyle stracić, żeby zacząć walczyć o siebie?