Nie potrafiłam pokochać – historia z warszawskiego blokowiska
– Znowu wróciłaś po dwudziestej? – głos matki przeszył powietrze, zanim zdążyłam zamknąć drzwi. – Wiesz, że ojciec nie życzy sobie takich wybryków w tym domu!
Stałam w przedpokoju, ściskając w dłoni klucze. W głowie miałam jeszcze śmiech i zapach deszczu z wieczornego spaceru po Ochocie. Ale matka nie dawała mi nawet chwili na oddech.
– Mamo, mam osiemnaście lat. Byłam z Magdą na urodzinach, przecież mówiłam…
– Magda! – wykrzyknęła z pogardą. – Ta twoja koleżanka z rozwiedzioną matką? Nie chcę, żebyś się z nią zadawała. Zresztą… – machnęła ręką i weszła do kuchni. – Idź spać. Jutro masz maturę próbną.
Wiedziałam, że nie ma sensu się kłócić. Ojciec siedział w salonie przed telewizorem, jak zwykle milczący. Przeszłam obok niego, czując na sobie jego wzrok – nie gniewny, raczej obojętny. Jakby mnie w ogóle nie było.
W moim pokoju panował półmrok. Usiadłam na łóżku i wyjęłam z kieszeni telefon. Wiadomość od Magdy: „Było super! Szkoda, że musiałaś tak szybko wracać :(”.
Zawsze musiałam wracać szybko. Zawsze musiałam być grzeczna, posłuszna, najlepsza. Matka powtarzała: „Nie po to tyle poświęcamy, żebyś zmarnowała sobie życie przez jakieś głupoty”.
Ale ja czułam się jak głupota. Jakby wszystko we mnie było nie takie.
***
Miałam na imię Dorota. Dorota Nowicka. Urodziłam się i wychowałam na warszawskim blokowisku przy Grójeckiej. W naszym trzypokojowym mieszkaniu panowała wieczna wojna nerwów – matka wiecznie rozdrażniona, ojciec zamknięty w sobie, ja i mój młodszy brat Paweł próbujący nie przeszkadzać.
Paweł był oczkiem w głowie mamy. Chorował na astmę, więc wszystko kręciło się wokół jego inhalacji, leków i ataków kaszlu. Ja miałam być tą silną – tą, która nie sprawia problemów.
– Dorota, pomóż bratu z lekcjami! Dorota, wynieś śmieci! Dorota, nie siedź tyle przy komputerze! – słyszałam codziennie.
Ojciec czasem próbował się wtrącać:
– Daj jej spokój, Zosiu. Niech ma trochę wolnego.
Ale matka tylko patrzyła na niego z wyrzutem:
– Ty się lepiej nie odzywaj! Gdybyś więcej zarabiał, nie musiałabym tyle pracować!
Wtedy ojciec milkł na dobre.
***
Pierwszy raz poczułam coś do chłopaka w drugiej klasie liceum. Miał na imię Bartek i był z równoległej klasy. Przystojny, wysoki, zawsze uśmiechnięty. Kiedy zaprosił mnie na kawę po lekcjach, serce waliło mi jak oszalałe.
– Dorota… podoba mi się twoja szczerość – powiedział wtedy, patrząc mi prosto w oczy.
Zarumieniłam się po uszy.
Ale kiedy wróciłam do domu i powiedziałam matce:
– Mamo, Bartek zaprosił mnie na kawę…
Odpowiedziała tylko:
– Lepiej byś się uczyła do matury niż latała za chłopakami!
Wtedy coś we mnie pękło. Przez następne tygodnie unikałam Bartka. Nie odbierałam telefonów, nie odpisywałam na wiadomości. W końcu dał sobie spokój.
Magda próbowała mnie przekonać:
– Dorota, co ty wyprawiasz? Przecież on ci się podoba!
Ale ja tylko wzruszałam ramionami.
– Nie mam czasu na głupoty.
Tak nauczyłam się tłumić wszystko w sobie. Każde uczucie wydawało mi się podejrzane, niebezpieczne. Jakby miłość była czymś złym.
***
Po maturze dostałam się na psychologię na UW. Matka była dumna – przez chwilę nawet wydawało mi się, że mnie kocha.
– Widzisz? Mówiłam ci! Trzeba być twardym!
Ojciec tylko poklepał mnie po ramieniu:
– Gratuluję, córciu.
Ale w jego oczach widziałam smutek.
Na studiach poznałam Michała. Był zupełnie inny niż Bartek – cichy, zamknięty w sobie, ale bardzo inteligentny. Pracowaliśmy razem nad projektem z psychologii rozwojowej.
Pewnego dnia zaproponował:
– Może pójdziemy razem do kina?
Zgodziłam się bez przekonania.
W kinie Michał próbował złapać mnie za rękę. Zamiast ciepła poczułam lęk i… pustkę.
Po filmie powiedziałam:
– Przepraszam… ja chyba nie jestem gotowa na związek.
Michał tylko skinął głową:
– Rozumiem.
Ale widziałam rozczarowanie w jego oczach.
***
Mijały lata. Kończyłam studia z wyróżnieniem, pracowałam jako terapeutka dziecięca na Ursynowie. Pomagałam innym radzić sobie z emocjami, ale sama byłam jak zamrożona.
Matka coraz częściej dzwoniła:
– Kiedy przyjedziesz do domu? Paweł ma nową dziewczynę! A ty? Nadal sama?
Ojciec zachorował na raka płuc. Przez pół roku jeździłam do szpitala codziennie po pracy. Matka była coraz bardziej zgorzkniała.
– Gdybyś była lepszą córką…
Nie dokończyła zdania. Ale ja wiedziałam, co chciała powiedzieć.
Ojciec zmarł w listopadzie 2017 roku. Po pogrzebie matka zamknęła się w sobie jeszcze bardziej.
Paweł wyjechał do Niemiec za pracą i rzadko dzwonił.
Zostałyśmy same – dwie kobiety pod jednym dachem pełnym żalu i pretensji.
***
Pewnego dnia matka zachorowała na udar. Trafiła do szpitala na Banacha. Lekarz powiedział:
– Stan ciężki, ale stabilny. Potrzebuje opieki po wyjściu ze szpitala.
Wzięłam urlop i zamieszkałam z nią na kilka miesięcy. Każdego dnia karmiłam ją zupą przez słomkę, zmieniałam pampersy, myłam włosy nad wanną.
Czasem patrzyła na mnie z wyrzutem:
– Po co to robisz? Przecież mnie nienawidzisz…
Milczałam wtedy długo.
W końcu odpowiedziałam:
– Nie umiem nienawidzić… Ale też nie umiem kochać.
Matka rozpłakała się pierwszy raz od lat.
***
Dziś mam trzydzieści pięć lat. Mieszkam sama w kawalerce na Mokotowie. Pracuję jako psychoterapeutka rodzin – ironia losu?
Czasem spotykam się z Magdą na kawie. Ma męża i dwójkę dzieci.
– Dorota… ty naprawdę nigdy nikogo nie pokochałaś?
Patrzę wtedy przez okno na szare bloki i odpowiadam:
– Chyba nie umiem…
Wieczorami wracam myślami do dzieciństwa. Do matki krzyczącej w kuchni i ojca milczącego przed telewizorem. Do Bartka i Michała – ludzi, których mogłam pokochać, ale nie potrafiłam nawet spróbować.
Czasem pytam siebie: czy można nauczyć się miłości? Czy jeśli nigdy jej nie zaznałeś – możesz ją dać komuś innemu?
A może są ludzie stworzeni do samotności?
Co Wy o tym myślicie?