Kiedy teściowa zamieszkała z nami: Miłość, choroba i granice poświęcenia

— Nie dam rady, Michał! — krzyknęłam, czując jak łzy napływają mi do oczu. Stałam w kuchni, ściskając w dłoni kubek z zimną już herbatą. Michał patrzył na mnie z wyrzutem, jakby nie rozumiał, dlaczego nie chcę się zgodzić. — To moja mama, Aniu. Nie mogę jej zostawić samej — odpowiedział cicho, ale stanowczo.

Wiedziałam, że jego matka jest ciężko chora. Wiedziałam też, że nie ma nikogo innego. Ale ja… ja czułam się jakby ktoś nagle zabrał mi powietrze. Nasze życie było już wystarczająco trudne — dwójka dzieci, kredyt na mieszkanie, praca na dwa etaty. Ledwo dawałam radę ogarnąć codzienność. A teraz miałam jeszcze opiekować się teściową, która od miesięcy nie wstawała z łóżka?

Pamiętam ten dzień, kiedy Michał zadzwonił do mnie z pracy. — Mama musi do nas przyjechać. Lekarz powiedział, że nie może już mieszkać sama. — W jego głosie słyszałam strach i bezradność. Chciałam go przytulić przez telefon, ale jednocześnie czułam narastającą panikę. Co z nami będzie? Co ze mną?

Teściowa przyjechała tydzień później. Leżała na kanapie w salonie, blada i cicha. Dzieci patrzyły na nią z ciekawością i niepokojem. Ja starałam się być miła, gotowałam jej ulubione zupy, zmieniałam pościel, podawałam leki. Ale w środku kipiałam ze złości i żalu.

— Aniu, możesz mi podać wodę? — zapytała pewnego wieczoru teściowa słabym głosem. Podałam jej szklankę, uśmiechając się sztucznie. — Dziękuję ci, kochanie. Wiem, że to dla ciebie trudne — dodała nagle, patrząc mi prosto w oczy. Poczułam ukłucie winy.

Wieczorami kłóciliśmy się z Michałem coraz częściej. — Nie rozumiesz mnie! — krzyczałam. — Wszystko jest na mojej głowie! Ty tylko pracujesz i uciekasz do swojego świata! — A ty myślisz tylko o sobie! — odpowiadał Michał. — Moja mama umiera! Czy naprawdę nie możesz tego zrozumieć?

Zaczęłam unikać domu. Zostawałam dłużej w pracy, chodziłam na długie spacery po osiedlu. Czułam się jak intruz we własnym życiu. Dzieci pytały: — Mamo, dlaczego jesteś smutna? — Nie jestem smutna, kochanie — kłamałam.

Pewnego dnia teściowa poprosiła mnie, żebym usiadła przy niej. — Aniu… wiem, że nie jest ci łatwo. Ale dziękuję ci za wszystko. Gdyby nie ty… nie wiem, co by ze mną było. — Jej oczy były pełne łez. Poczułam, jak coś we mnie pęka.

Zadzwoniła do mnie wtedy moja mama. — Aniu, musisz myśleć też o sobie. Nie możesz wszystkiego brać na siebie. Porozmawiaj z Michałem spokojnie…

Ale jak miałam rozmawiać spokojnie? Każde słowo bolało jak drzazga pod paznokciem.

Któregoś wieczoru dzieci pokłóciły się o zabawkę, a ja wybuchłam płaczem przy nich. Michał przyszedł do kuchni i zobaczył mnie skuloną na podłodze.

— Przepraszam… nie daję rady… — wyszeptałam.

Usiadł obok mnie i objął mnie ramieniem.

— Może powinniśmy poprosić o pomoc? Może opieka społeczna… pielęgniarka? Nie musisz być sama z tym wszystkim.

Pierwszy raz od miesięcy poczułam ulgę.

Zaczęliśmy szukać wsparcia — przyszła pielęgniarka środowiskowa, dzieci spędzały więcej czasu u mojej mamy. Teściowa była coraz słabsza, ale między nami pojawiło się coś nowego: cicha wdzięczność i zrozumienie.

Ostatnie dni były najtrudniejsze. Siedziałam przy łóżku teściowej i trzymałam ją za rękę.

— Dziękuję ci… za wszystko… — wyszeptała przed śmiercią.

Po pogrzebie długo nie mogłam dojść do siebie. Michał był przy mnie cały czas. Nasze małżeństwo przeszło przez piekło, ale przetrwało.

Często wracam myślami do tamtych dni i pytam siebie: czy zrobiłam wszystko dobrze? Czy można kochać rodzinę i jednocześnie nie zatracić siebie? Ile jesteśmy w stanie poświęcić dla innych, zanim pękniemy?

A wy? Czy bylibyście gotowi oddać tak wiele dla rodziny? Gdzie kończy się poświęcenie, a zaczyna zapomnienie o sobie?