Ostatnia wola mojego męża złamała mi serce – wszystko oddał obcej kobiecie. Czy całe nasze życie było kłamstwem?

– Nie wierzę w to, co czytam… – szepnęłam, patrząc na kartkę papieru, która drżała w moich dłoniach. Głos notariusza odbijał się echem w pustym gabinecie, a każde jego słowo wbijało się we mnie jak nóż.

– Zgodnie z ostatnią wolą pana Marka Kowalskiego, cały majątek… dom, mieszkanie, oszczędności oraz samochód… zostają przekazane pani Joannie Nowak – powtórzył spokojnie, jakby czytał prognozę pogody, a nie wyrok na moje życie.

Joanna Nowak. To imię nie znaczyło dla mnie nic. Nigdy nie słyszałam o żadnej Joannie w kontekście Marka. Przez dwadzieścia dwa lata małżeństwa byłam pewna, że znam go na wylot. Znałam jego ulubione dania, wiedziałam, kiedy kłamie, a kiedy mówi prawdę. Przynajmniej tak mi się wydawało.

Wyszłam z kancelarii na ulicę Piotrkowską w Łodzi, czując się jak cień samej siebie. Ludzie mijali mnie obojętnie, a ja miałam ochotę krzyczeć. Jak mógł mi to zrobić? Jak mógł zostawić mnie z niczym? Przecież byliśmy szczęśliwi… Czyżby?

W domu czekała na mnie córka, Ania. Miała dwadzieścia lat i właśnie zaczynała studia na Uniwersytecie Łódzkim. Gdy zobaczyła moją twarz, od razu wiedziała, że coś jest nie tak.

– Mamo? Co się stało? – zapytała z troską.

Usiadłam ciężko na kanapie i przez chwilę nie mogłam wydobyć z siebie głosu. W końcu wyciągnęłam testament i podałam jej drżącą ręką.

– Twój tata… wszystko zostawił jakiejś kobiecie. Joannie Nowak. Ani słowa o nas…

Ania spojrzała na mnie szeroko otwartymi oczami. – To chyba jakiś żart? Może to pomyłka?

Pokręciłam głową. – Notariusz był bardzo dokładny. Wszystko jest legalne.

Przez kolejne dni żyłam jak we śnie. Zaczęły się telefony od rodziny Marka – jego siostra Basia dzwoniła codziennie, próbując mnie pocieszyć, ale czułam w jej głosie nutę podejrzliwości.

– Może Marek miał powody… – rzuciła pewnego wieczoru.

– Jakie powody? – wybuchłam. – Byliśmy razem tyle lat! Wspólne wakacje nad Bałtykiem, święta u twojej mamy, narodziny Ani…

Basia milczała przez chwilę. – Może nie wszystko wiedziałaś.

Te słowa nie dawały mi spokoju. Zaczęłam przeszukiwać rzeczy Marka – stare notesy, skrzynkę mailową, szuflady w biurku. W jednym z zeszytów znalazłam kartkę z numerem telefonu i podpisem: „Joanna N.”

Serce waliło mi jak oszalałe. Zadzwonić? Nie zadzwonić? W końcu zebrałam się na odwagę.

– Halo? – odezwał się kobiecy głos.

– Dzień dobry… Nazywam się Katarzyna Kowalska. Byłam żoną Marka Kowalskiego…

Po drugiej stronie zapadła cisza.

– Tak… wiem kim pani jest – odpowiedziała cicho Joanna.

– Chciałabym się spotkać – powiedziałam stanowczo.

Umówiłyśmy się w kawiarni przy Piotrkowskiej. Joanna była ode mnie młodsza o kilka lat, zadbana, elegancka. Patrzyła na mnie z mieszaniną współczucia i niepokoju.

– Proszę mi powiedzieć prawdę – zaczęłam bez ogródek. – Kim pani była dla mojego męża?

Joanna spuściła wzrok. – Byliśmy przyjaciółmi… przez wiele lat. Pomagał mi finansowo, kiedy zachorowała moja córka. Nigdy nie byliśmy parą… Przysięgam.

Nie wierzyłam jej. – Więc dlaczego wszystko ci zapisał?

Joanna westchnęła ciężko. – Marek powiedział mi kiedyś, że boi się o panią i Anię. Że jeśli coś mu się stanie, będziecie miały wsparcie rodziny i przyjaciół… A ja nie mam nikogo.

Wyszłam z kawiarni jeszcze bardziej skołowana niż wcześniej. Czy Marek naprawdę byłby do tego zdolny? Czy przez tyle lat żyliśmy obok siebie jak obcy ludzie?

Wieczorem Ania przyszła do mnie do pokoju.

– Mamo… Może tata naprawdę chciał pomóc tej kobiecie? Może myślał, że sobie poradzimy?

Popatrzyłam na nią ze łzami w oczach. – Ale dlaczego nic nam nie powiedział? Dlaczego nie zaufał?

Zaczęły się plotki wśród sąsiadów i znajomych. Jedni twierdzili, że Marek miał romans, inni – że byłam zbyt chłodna i dlatego szukał szczęścia gdzie indziej. Każde spojrzenie na ulicy bolało jak policzek.

Pewnego dnia odwiedziła mnie teściowa.

– Kasiu… Marek był dobrym człowiekiem, ale miał swoje tajemnice. Może chciał cię chronić przed czymś, czego sama nie chciałaś widzieć?

Zacisnęłam pięści ze złością i bezsilnością.

– Przez całe życie byłam mu wierna! Wszystko robiłam dla naszej rodziny! A on zostawił mnie z niczym…

Teściowa pokiwała głową ze smutkiem.

– Czasem ludzie robią rzeczy, których nie rozumiemy.

Przez kolejne tygodnie próbowałam ułożyć sobie życie na nowo. Musiałam sprzedać mieszkanie i przeprowadzić się do mniejszego lokum na obrzeżach miasta. Ania pomagała mi jak mogła, ale widziałam, że sama ledwo radzi sobie z tą sytuacją.

Pewnego wieczoru znalazłam w starym albumie zdjęcie Marka z Joanną i jej córką. Byli na placu zabaw w parku Źródliska. Marek trzymał dziewczynkę za rękę i uśmiechał się szeroko. Poczułam ukłucie zazdrości i żalu.

Czy naprawdę byłam dla niego tylko wygodnym wyborem? Czy przez te wszystkie lata kochał kogoś innego? A może po prostu chciał być potrzebny tam, gdzie ja już go nie potrzebowałam?

Zaczęłam analizować nasze wspólne życie kawałek po kawałku: pierwsze randki w kinie Bałtyk, ślub w kościele św. Mateusza, narodziny Ani… I te wszystkie drobne gesty czułości, które teraz wydawały mi się fałszywe.

Któregoś dnia Joanna zadzwoniła do mnie ponownie.

– Kasiu… Chciałabym oddać ci część pieniędzy z testamentu Marka. Nie mogę przyjąć wszystkiego.

Poczułam ulgę i gniew jednocześnie.

– To nie chodzi o pieniądze! Chodzi o prawdę!

Joanna milczała przez chwilę.

– Marek był dobrym człowiekiem, ale bardzo samotnym. Często mówił o pani i Ani… Zawsze was kochał po swojemu.

Po tej rozmowie długo płakałam. Zrozumiałam wtedy coś ważnego: nigdy nie będziemy znać drugiego człowieka do końca. Nawet jeśli śpimy z nim pod jednym dachem przez dwadzieścia lat.

Dziś mieszkam z Anią w małym mieszkaniu na Retkini. Uczę się żyć od nowa – bez Marka, bez złudzeń, ale też bez nienawiści do niego czy Joanny. Czasem myślę o tym wszystkim i pytam siebie:

Czy naprawdę można znać drugiego człowieka? Czy warto ufać bezgranicznie? A może każdy z nas ma swoje tajemnice, których nigdy nie zdradzi nawet najbliższym?