„Gdybyś nie rozpuściła swojej córki, wciąż bylibyście razem!” – Opowieść jednej teściowej z Warszawy
„Gdybyś nie rozpuściła swojej córki, wciąż bylibyście razem!” – te słowa wykrzyczała mi w twarz moja synowa, Marta, a ja poczułam, jakby ktoś wylał na mnie kubeł lodowatej wody. Siedziałam przy kuchennym stole w naszym mieszkaniu na warszawskim Mokotowie, a przez okno widziałam, jak na podwórku dzieci grają w piłkę. Ale moje wnętrze było puste, jakby ktoś wyrwał mi serce.
Marta stała naprzeciwko mnie, zaciśnięte pięści, twarz czerwona od gniewu. Mój syn, Paweł, milczał, patrząc w podłogę. Ich córka, mała Zosia, siedziała na dywanie i układała puzzle, nieświadoma burzy, która właśnie przetaczała się przez naszą rodzinę.
– Pani Anno, ja już nie mogę! Wszystko jej pani pozwala! Nigdy nie powiedziała jej pani „nie”, nigdy nie podniosła głosu! Jak Zosia ma nauczyć się odpowiedzialności, jeśli nikt nie stawia jej granic? – Marta niemal krzyczała, a ja czułam, jak drżą mi ręce.
– Ale ona jest dzieckiem… Dziecko potrzebuje miłości, nie kar – wyszeptałam, czując łzy napływające do oczu. – Chciałam tylko, żeby była szczęśliwa.
Paweł pierwszy raz podniósł wzrok.
– Mamo, może rzeczywiście przesadziłaś. Zosia nie wie, co to odpowiedzialność. W szkole są z nią problemy, nauczycielka mówi, że nie słucha… Myśli, że wszystko załatwisz za nią.
Pamiętam dzień, kiedy Paweł i Marta pierwszy raz przywieźli Zosię do mnie. Była maleńka, z wielkimi zielonymi oczami. Moje serce miękło za każdym razem, gdy na mnie patrzyła. Po tym jak przeprowadzili się z Łodzi do Warszawy przez pracę Pawła, często zostawiali Zosię u mnie. Nie mogłam znieść jej płaczu – pozwalałam na jeszcze jedną bajkę, jeszcze jeden cukierek, jeszcze pięć minut zabawy przed snem. Nie umiałam inaczej.
Marta miała zupełnie inne podejście. Mówiła o granicach, o nowoczesnym wychowaniu, o tym, że dzieci muszą znać słowo „nie”. Dla mnie brzmiało to zimno i surowo. W moim domu dzieci były najważniejsze.
Z czasem zaczęły się drobne kłótnie. Zosia odmawiała jedzenia warzyw – bo ja zawsze gotowałam tylko to, co lubiła. Nie chciała sprzątać zabawek – bo robiłam to za nią. Gdy Marta próbowała coś zmienić, Zosia płakała i biegła do mnie po pocieszenie.
Pewnego dnia Zosia zrobiła scenę w sklepie – chciała nową lalkę, a Marta odmówiła. Paweł stracił cierpliwość.
– Dość! Mamo, musisz przestać! Nie możesz jej na wszystko pozwalać!
Spojrzałam na niego jak na obcego człowieka. Mój syn – mój duma – mówił mi teraz, że to ja jestem problemem. Poczułam ścisk w sercu.
– Pawle… Przecież ciebie tak wychowałam… Czy jesteś złym człowiekiem? – zapytałam cicho.
On tylko pokręcił głową.
– Czasy się zmieniły, mamo. Dzieci muszą być przygotowane na świat, który nie zawsze jest sprawiedliwy.
Tej nocy nie mogłam zasnąć. Słuchałam ciszy mieszkania i myślałam o wszystkim, co się wydarzyło. Czy naprawdę popełniłam błąd? Czy zniszczyłam rodzinę, którą kochałam najbardziej na świecie?
Napięcie rosło z tygodnia na tydzień. Paweł i Marta coraz częściej mijali się bez słowa. Zosia stawała się coraz bardziej niespokojna i uparta. Pewnego ranka przyszłam do nich i zobaczyłam puste szafy – Marta zabrała Zosię i wyjechała do swoich rodziców do Gdańska.
Paweł siedział na kanapie, twarz miał szarą ze zmęczenia.
– Odeszła… Powiedziała, że nie może tak żyć. Że to przez ciebie nasz związek się rozpadł – powiedział bez emocji.
Usiadłam obok niego i płakałam jak dziecko. Nie miałam siły na nic więcej.
Minęły miesiące. Paweł zamknął się w sobie, przestał wychodzić z domu. Ja zostałam sama w mieszkaniu pełnym ciszy i wspomnień o czasach, gdy byliśmy razem. Czasem dostawałam od Marty krótką wiadomość: „Zosia zdrowa. Nie martw się.” Nie miałam prawa pytać o nic więcej.
Któregoś dnia spotkałam sąsiadkę Halinę na klatce schodowej.
– Aniu, nie bierz tego wszystkiego do siebie… Wiesz jak to jest z młodymi. Każdy myśli, że wie najlepiej – powiedziała ze współczuciem.
Ale nie mogłam przestać myśleć: czy to ja wszystko zepsułam? Czy powinnam była być surowsza? Czy powinnam była posłuchać Marty?
Niedawno zadzwoniła do mnie Zosia przez wideorozmowę. Miała nową fryzurę i opowiadała o szkole w Gdańsku. Spytała kiedy ją odwiedzę. Serce ścisnęło mi się z tęsknoty i radości jednocześnie.
Po zakończeniu rozmowy długo patrzyłam w lustro. Zmarszczki wokół oczu były głębsze niż kiedykolwiek wcześniej.
Może nigdy nie dowiem się, czy byłam dobrą matką i babcią czy swoimi uczynkami zniszczyłam to, co kochałam najbardziej.
Czasem pytam samą siebie: gdzie kończy się miłość, a zaczyna krzywda? Czy można kochać za bardzo? Co wy byście zrobili na moim miejscu?