„Wyrzuciłam ją z domu! Jak uwolniłam się od teściowej i zaczęłam żyć na pełnych obrotach” – Historia Magdy z Poznania
– Wynocha z mojego domu! – krzyknęłam drżącym głosem, a echo tych słów odbiło się od ścian naszego poznańskiego mieszkania. Stałam na środku salonu, zaciśnięte pięści, łzy w oczach, a w brzuchu – ósmy miesiąc ciąży. Moja teściowa, pani Halina, zamarła w pół kroku. Przez chwilę patrzyła na mnie z niedowierzaniem, jakby nie rozumiała, że to ja – Magda, ta cicha, uległa synowa – właśnie postawiłam jej granicę.
Nie pamiętam, kiedy dokładnie zaczęło się piekło. Może już na naszym weselu, kiedy Halina podeszła do mojej mamy i szepnęła jej do ucha: „Nie martw się, ja nauczę Magdę być żoną”. Wtedy jeszcze się uśmiechałam. Wtedy jeszcze wierzyłam, że to tylko żarty. Ale już pierwszego dnia po ślubie, gdy wróciliśmy z Rafałem do naszego świeżo wynajętego mieszkania na Jeżycach, Halina czekała na nas z kluczami w ręku.
– Przyniosłam wam trochę bigosu i pierogów – powiedziała słodko. – Ale widzę, że tu bałagan. Magda, nie nauczyłaś się jeszcze sprzątać?
Rafał tylko wzruszył ramionami. – Mamo, daj spokój.
Ale ona już buszowała po szafkach, zaglądała do lodówki, poprawiała firanki. Zostawiła mi listę zakupów i instrukcję gotowania rosołu. Z początku próbowałam być miła. Chciałam ją przekonać do siebie. Przynosiłam jej kwiaty na imieniny, piekłam ciasta według jej przepisów. Ale ona zawsze znajdowała powód do krytyki.
– Magda, ty nawet jajecznicy nie potrafisz zrobić jak człowiek! – rzucała przy każdej okazji.
Z czasem jej wizyty stawały się coraz częstsze. Potrafiła przyjść bez zapowiedzi o siódmej rano w sobotę i obudzić nas dzwonkiem do drzwi.
– Trzeba przewietrzyć! – wołała i otwierała okna na oścież, nawet zimą.
Rafał był jedynakiem i zawsze powtarzał: „Mama jest jaka jest, ale to moja mama”. Ja coraz częściej czułam się jak intruz we własnym domu. Moja rodzina mieszkała pod Gnieznem – nie miałam tu nikogo poza nim.
Kiedy zaszłam w ciążę, Halina zaczęła rozpowiadać po rodzinie Rafała, że „Magda pewnie sobie nie poradzi”. Wtrącała się w każdą decyzję: od wyboru wózka po kolor ścian w pokoju dziecięcym.
Pewnego dnia usłyszałam przez przypadek rozmowę telefoniczną:
– Ona jest leniwa i niezaradna – mówiła Halina do swojej siostry. – Rafał powinien był znaleźć sobie kogoś lepszego.
Poczułam się jak dziecko. Jakbym znów miała dziesięć lat i ktoś odebrał mi głos. Zaczęłam unikać spotkań rodzinnych. W pracy udawałam uśmiechniętą Magdę z marketingu, ale w domu płakałam po nocach.
Najgorsze przyszło tuż przed porodem. Halina przyszła z walizką.
– Przenoszę się do was na jakiś czas – oznajmiła. – Ktoś musi się wami zaopiekować.
Rafał był wtedy na delegacji w Warszawie. Zostałyśmy same. Przez tydzień czułam się jak służąca we własnym domu. Halina komentowała wszystko: jak jem, jak śpię, jak oddycham.
– Nie powinnaś tyle leżeć! Ja w twoim wieku już miałam dwójkę dzieci i pracowałam na trzy zmiany!
Któregoś wieczoru nie wytrzymałam.
– Proszę wyjść! – powiedziałam cicho.
– Co ty powiedziałaś? – Halina spojrzała na mnie z pogardą.
– Proszę wyjść z mojego domu! – powtórzyłam głośniej.
– Ty mnie wyrzucasz? Po tym wszystkim?
– Tak. To moje mieszkanie i moje życie!
Halina wyszła trzaskając drzwiami. Jeszcze tej samej nocy zadzwonił Rafał.
– Co się stało? Mama mówi, że ją wyrzuciłaś!
Opowiedziałam mu wszystko. Po raz pierwszy nie płakałam przez telefon. Byłam spokojna i stanowcza.
– Albo my, albo ona – powiedziałam. – Nie dam rady inaczej.
Rafał wrócił następnego dnia. Przez kilka godzin siedzieliśmy w milczeniu. W końcu powiedział:
– Kocham cię i wybieram ciebie. Mama musi to zrozumieć.
To nie był koniec problemów. Halina rozpowiadała po rodzinie, że jestem niewdzięczna i bez serca. Moja szwagierka przestała się do mnie odzywać. Teść zadzwonił tylko raz:
– Magda, ona zawsze była trudna. Ale ty musisz dbać o siebie i dziecko.
Po porodzie Halina próbowała wrócić do naszego życia. Przynosiła prezenty dla wnuczki, próbowała wejść bez zaproszenia do mieszkania. Ale ja już byłam inna. Silniejsza.
– Proszę zadzwonić przed wizytą – mówiłam spokojnie przez domofon.
Z czasem nauczyłam się stawiać granice. Rafał wspierał mnie coraz mocniej. Nasza córeczka Zosia rosła zdrowo i szczęśliwie.
Dziś mijają trzy lata od tamtego dnia. Halinę widuję tylko na rodzinnych uroczystościach. Jest chłodna i oficjalna. Czasem patrzy na mnie z wyrzutem, ale już się nie boję.
Często zastanawiam się: ile kobiet w Polsce żyje pod dyktando teściowych? Ile z nas boi się powiedzieć „dość”? Czy naprawdę jesteśmy winne temu, że chcemy być szczęśliwe na własnych zasadach?
Może czasem trzeba krzyknąć „wynocha”, żeby odzyskać siebie? Czy wy też mieliście odwagę postawić granicę swojej rodzinie?