Poniedziałkowe odkrycie siebie: Historia Weroniki z warszawskiego blokowiska

Otworzyłam oczy o 6:42. Nie dlatego, że zadzwonił budzik, nie dlatego, że ktoś krzyczał na klatce schodowej. Po prostu… coś we mnie się zatrzymało. Jakby ten mały silniczek, który przez ostatnie trzy lata podnosił mnie z łóżka o wyznaczonej godzinie, nagle się wyłączył. Za oknem sypał mokry śnieg, szary i ciężki, taki, który od razu zamienia się w brudną breję na chodniku. Przez chwilę leżałam bez ruchu, wsłuchując się w ciszę mieszkania na warszawskim Bródnie.

Obok mnie spał Michał. Jego oddech był równy, spokojny. Zawsze zazdrościłam mu tej umiejętności – zasypiał w sekundę i spał jak dziecko, nawet gdy ja przewracałam się z boku na bok, rozmyślając o wszystkim i o niczym. Przez ostatnie miesiące coraz częściej łapałam się na tym, że patrzę na niego jak na obcego człowieka. Kiedyś był dla mnie wszystkim – pierwszą miłością, przyjacielem, powiernikiem sekretów. Teraz…? Teraz był bardziej współlokatorem niż mężem.

Wstałam cicho, żeby go nie obudzić. W kuchni zaparzyłam kawę i usiadłam przy stole, patrząc na swoje odbicie w oknie. Zmęczone oczy, włosy związane byle jak w kucyk, szlafrok z wyblakłym wzorem w stokrotki. „Czy to naprawdę ja?” – pomyślałam. „Czy to jest ta Weronika, która kiedyś marzyła o podróżach, o pisaniu książek, o życiu pełnym pasji?”

Nagle usłyszałam kroki. To był mój syn, Kuba. Miał dziesięć lat i od kilku tygodni chodził jak cień po domu – zamknięty w sobie, milczący. Odkąd zaczęły się jego problemy w szkole, czułam się coraz bardziej bezradna. Michał twierdził, że przesadzam, że chłopcy w tym wieku tak mają. Ale ja widziałam w oczach Kuby coś więcej niż zwykły smutek.

– Mamo… – powiedział cicho, siadając naprzeciwko mnie.
– Co się stało, Kuba?
– Nie chcę iść dziś do szkoły.

Westchnęłam ciężko. Znowu to samo. Przez chwilę miałam ochotę po prostu go przytulić i powiedzieć: „Zostań w domu, wszystko będzie dobrze”. Ale wiedziałam, że to nie rozwiąże problemu.

– Musisz iść – odpowiedziałam łagodnie. – Porozmawiam dziś z twoją wychowawczynią.

Kuba spuścił głowę i zaczął bawić się łyżeczką. W tej chwili poczułam się jak najgorsza matka na świecie – nie potrafiłam pomóc własnemu dziecku.

Michał pojawił się w kuchni kilka minut później. Bez słowa nalał sobie kawy i zaczął przeglądać wiadomości na telefonie. Próbowałam złapać z nim kontakt wzrokowy, ale nawet nie podniósł głowy.

– Michał… musimy porozmawiać o Kubie – zaczęłam niepewnie.
– Weronika, nie mam teraz czasu. Spóźnię się do pracy.
– Ale to ważne…
– Porozmawiamy wieczorem.

Zacisnęłam dłonie na kubku tak mocno, że aż zabolały mnie palce. Wieczorem… Zawsze wieczorem. A wieczorem on był już zmęczony albo miał coś do załatwienia. Tak wyglądały nasze rozmowy od miesięcy.

Odprowadziłam Kubę do szkoły w milczeniu. Po drodze mijaliśmy ludzi śpieszących się do pracy – kobiety z siatkami z Biedronki, mężczyzn w garniturach z teczkami pod pachą, dzieci z plecakami większymi od nich samych. Każdy gdzieś pędził, każdy wyglądał na zajętego swoim życiem. Poczułam się przezroczysta.

Po powrocie do domu usiadłam na kanapie i zaczęłam płakać. Cicho, bezgłośnie, żeby nikt nie usłyszał. W głowie miałam tysiące myśli: „Co zrobiłam źle? Dlaczego moje życie wygląda właśnie tak? Czy to już wszystko? Czy tak będzie zawsze?”

Nagle zadzwoniła moja mama.

– Weronika? Wszystko w porządku?
– Tak… – skłamałam automatycznie.
– Słyszę po głosie, że coś jest nie tak.

Nie wytrzymałam i zaczęłam jej opowiadać wszystko – o Kubie, o Michale, o tym uczuciu pustki i bezsensu. Mama słuchała cierpliwie.

– Kochanie… czasem trzeba zatrzymać się i zapytać siebie: czego naprawdę chcesz? Nie dla innych, tylko dla siebie.

Te słowa uderzyły mnie jak grom z jasnego nieba. Czego ja właściwie chcę? Czy kiedykolwiek o tym myślałam?

Po południu poszłam do pracy – jestem bibliotekarką w pobliskiej bibliotece osiedlowej. Lubię tę pracę za spokój i zapach starych książek, ale od dawna czułam, że to nie wystarcza. Tego dnia przyszła do biblioteki pani Zofia – starsza pani, która zawsze wypożyczała romanse historyczne.

– Pani Weroniko… pani wygląda dziś inaczej – powiedziała nagle.
– Inaczej?
– Jakby pani była smutna… albo bardzo zmęczona.

Uśmiechnęłam się blado.

– Czasem człowiek musi się zatrzymać i zastanowić nad swoim życiem – odpowiedziałam.
– To dobrze – odparła pani Zofia z uśmiechem. – Bo jeśli człowiek przestaje pytać siebie o szczęście, to już przegrał.

Po pracy wróciłam do domu i zobaczyłam Michała siedzącego przy komputerze.

– Musimy porozmawiać – powiedziałam stanowczo.
– O czym?
– O nas. O Kubie. O tym wszystkim.

Michał westchnął ciężko.

– Weronika… ja też jestem zmęczony. Pracuję po godzinach, żebyśmy mogli spłacić kredyt. Ty ciągle masz pretensje…
– Bo czuję się samotna! Nawet kiedy jesteśmy razem!

Zapadła cisza. Michał patrzył na mnie długo.

– Może powinniśmy zrobić sobie przerwę? – zapytał cicho.

Te słowa zabolały bardziej niż cokolwiek innego tego dnia. Przerwa… Czyli co? Rozwód? Rozstanie?

W nocy długo nie mogłam zasnąć. Leżałam obok Michała i myślałam o wszystkim: o Kubie, o naszej rodzinie, o tym dziwnym uczuciu pustki i strachu przed przyszłością. Ale gdzieś głęboko pojawiła się też iskierka nadziei – może ta rozmowa była początkiem czegoś nowego? Może czasem trzeba wszystko stracić, żeby odnaleźć siebie?

Czy można zacząć od nowa po tylu latach życia według cudzych oczekiwań? Czy mam jeszcze odwagę być sobą? Może właśnie ten poniedziałek był pierwszym krokiem ku zmianie…