Gdy mąż wyjechał w delegację, teściowa wyrzuciła mnie z domu: Opowieść o zdradzie i sile
— Nie będziesz tu dłużej mieszkać! — krzyknęła teściowa, trzaskając drzwiami kuchni. Stałam w korytarzu, z mokrymi włosami, bo właśnie wróciłam z pracy przez ulewę. Moje dłonie drżały, a serce waliło jak oszalałe. — Ale… Pani Zofio, co się stało? — zapytałam cicho, próbując zrozumieć, czy to jakiś żart.
— Dobrze wiesz, co! — jej głos był zimny jak lód. — Mój syn wyjechał, a ty myślisz, że możesz tu rządzić? Nie będę dłużej tego tolerować! Pakuj się i wynoś!
Nie mogłam uwierzyć. Przecież przez ostatnie dwa lata mieszkałam tu razem z mężem, Piotrem. Było ciężko – ciasnota, wieczne pretensje teściowej o wszystko: że za głośno gotuję, że za długo śpię, że nie sprzątam tak, jak ona by chciała. Ale Piotr zawsze stawał po mojej stronie. Teraz go nie było. Był na delegacji w Gdańsku i miał wrócić dopiero za tydzień.
— Proszę pani… — zaczęłam jeszcze raz, ale Zofia już szła po schodach na górę. — Nie chcę cię tu widzieć jutro rano! — rzuciła przez ramię.
Stałam tam jeszcze chwilę, próbując zebrać myśli. W głowie miałam mętlik. Co zrobiłam nie tak? Przecież starałam się ze wszystkich sił. Pracowałam na pół etatu w sklepie spożywczym, żeby dołożyć się do rachunków. Gotowałam obiady dla wszystkich. Czasem nawet prasowałam koszule teściowej, choć nigdy nie podziękowała.
Weszłam do naszego małego pokoju na poddaszu. Piotr zostawił mi rano wiadomość: „Kocham cię, wrócę szybciej, jeśli się da”. Usiadłam na łóżku i zadzwoniłam do niego, ale nie odebrał. Pewnie był zajęty.
Zaczęłam pakować rzeczy do walizki. Każdy ruch był jak cios w serce. Z okna widziałam światła miasta odbijające się w kałużach. Czułam się jak dziecko, które ktoś wyrzucił na deszcz.
Noc spędziłam na ławce w parku. Nie miałam dokąd pójść – moi rodzice mieszkali daleko, a przyjaciółki miały swoje rodziny i dzieci. Próbowałam nie płakać, ale łzy same płynęły po policzkach.
Rano zadzwonił Piotr.
— Co się stało? Czemu dzwoniłaś tyle razy? — zapytał zaspanym głosem.
— Twoja mama… wyrzuciła mnie z domu — wyszeptałam.
— Co?! — krzyknął. — Jak to? Gdzie jesteś?
— W parku… — odpowiedziałam cicho.
— Jadę pierwszym pociągiem! — powiedział i rozłączył się.
Czekałam na niego cały dzień. W międzyczasie próbowałam znaleźć tani pokój do wynajęcia, ale wszystko było za drogie albo już zajęte. W końcu zadzwoniła do mnie koleżanka z pracy, Ania.
— Słyszałam, co się stało. Możesz przenocować u mnie na kanapie — powiedziała bez wahania.
U niej pierwszy raz od dawna poczułam się bezpiecznie. Ania zrobiła mi herbatę i pozwoliła się wypłakać.
Wieczorem zadzwonił Piotr.
— Jestem już w domu. Mama nie chce ze mną rozmawiać. Powiedziała tylko, że „nie będzie trzymać pod jednym dachem obcej baby”.
— I co teraz? — zapytałam drżącym głosem.
— Wynajmiemy coś razem. Nie wrócimy tam — powiedział stanowczo.
Ale to nie było takie proste. Piotr zarabiał niewiele więcej ode mnie. Znalezienie mieszkania graniczyło z cudem – ceny szybowały w górę, a właściciele chcieli kaucji za trzy miesiące z góry.
Przez kolejne tygodnie mieszkaliśmy kątem u Ani i jej narzeczonego Tomka. Czułam się jak piąte koło u wozu. Piotr codziennie przeglądał ogłoszenia i chodził na rozmowy z właścicielami mieszkań.
W międzyczasie teściowa rozpowiadała po rodzinie, że „porzuciłam męża” i „jestem niewdzięczna”. Na święta nikt nie zaprosił nas do siebie. Nawet moja własna matka powiedziała przez telefon:
— Może powinnaś była bardziej się postarać? Zofia to trudna kobieta, ale to matka Piotra…
Czułam się zdradzona przez wszystkich.
W końcu udało nam się wynająć maleńką kawalerkę na obrzeżach miasta. Było tam zimno i wilgotno, ale mieliśmy własny kąt. Piotr pracował na dwie zmiany, ja dorabiałam sprzątając klatki schodowe wieczorami.
Pewnego dnia spotkałam Zofię na przystanku autobusowym. Spojrzała na mnie z pogardą.
— I co? Lepiej ci teraz? — zapytała z przekąsem.
— Tak — odpowiedziałam spokojnie. — Bo jestem wolna od pani jadu.
Odwróciła się bez słowa i odeszła.
Z czasem zaczęliśmy układać sobie życie od nowa. Nie było łatwo – ciągłe kłótnie o pieniądze, zmęczenie, brak wsparcia ze strony rodziny. Ale byliśmy razem i to dawało mi siłę.
Najgorsze były wieczory, kiedy Piotr wracał późno i widziałam w jego oczach smutek. Wiedziałam, że tęskni za matką mimo wszystkiego, co nam zrobiła.
Pewnego dnia usiadł obok mnie na kanapie i powiedział:
— Może powinniśmy spróbować pogodzić się z mamą?
Poczułam ukłucie w sercu.
— Po tym wszystkim? Chcesz tam wracać?
— Nie chcę wracać… Po prostu nie chcę żyć w nienawiści.
Nie odpowiedziałam wtedy nic. Wiedziałam jednak jedno: już nigdy nie pozwolę nikomu sobą pomiatać.
Dziś minęły dwa lata od tamtej nocy. Nadal mieszkamy w tej samej kawalerce – jest już cieplej, bo Piotr sam uszczelnił okna i wymienił grzejnik na używany z OLX-a. Mamy małego kota ze schroniska i czasem śmiejemy się z tego wszystkiego, co przeszliśmy.
Ale czasem budzę się w nocy zlana potem i słyszę w głowie głos Zofii: „Nie chcę cię tu widzieć jutro rano!”
Czy można wybaczyć rodzinie taką zdradę? Czy lepiej walczyć o swoje szczęście nawet wtedy, gdy wszyscy są przeciwko nam?