Dwa tygodnie opiekowałam się wnuczką, a zamiast wdzięczności dostałam tylko żal – historia babci z Bydgoszczy
Już od progu czułam, że coś jest nie tak. Drzwi otworzyły się z trzaskiem, a na korytarzu rozległ się płacz mojej wnuczki. Syn, Paweł, miał twarz wykrzywioną od zmęczenia i stresu. – Mamo, błagam, pomóż nam. Magda musiała zostać w szpitalu na obserwacji, a ja mam dyżury w pogotowiu. Nie mam nikogo, kto mógłby zająć się Zosią. – Jego głos drżał, a ja poczułam, jak serce mi mięknie.
Nie zastanawiałam się ani chwili. Wzięłam Zosię na ręce, przytuliłam ją mocno i poczułam znajomy zapach dzieciństwa. Przez głowę przemknęło mi wspomnienie, jak sama byłam młodą matką – wtedy wszystko było prostsze. Nie było miliona poradników, forów internetowych i diet bezglutenowych. Dzieci jadły to, co było w domu, spały wtedy, kiedy były zmęczone. Ale teraz wszystko jest inne.
Paweł zostawił mi całą listę: „Zosia je tylko kaszkę jaglaną z musem z ekologicznych jabłek, nie wolno jej dawać mleka krowiego, niech śpi tylko w swoim łóżeczku, nie noś jej na rękach za długo, bo się przyzwyczai”. Pokiwałam głową, choć w środku czułam bunt. Przecież wychowałam troje dzieci i żadne nie wyrosło na tyrana czy hipochondryka.
Pierwsza noc była koszmarem. Zosia płakała do drugiej nad ranem. Próbowałam wszystkiego: śpiewałam kołysanki, głaskałam ją po głowie, tuliłam. W końcu zasnęła na moich kolanach. Rano zadzwoniła Magda ze szpitala. – Jak spała? – zapytała chłodno. – Trochę niespokojnie, ale już jest lepiej – odpowiedziałam ostrożnie. – Proszę pamiętać o rutynie! – usłyszałam i poczułam ukłucie żalu.
Przez kolejne dni robiłam wszystko, żeby Zosia czuła się bezpieczna i kochana. Gotowałam jej zupki z marchewki i pietruszki z własnego ogródka, piekłam domowy chleb bez drożdży, bo tak kazała Magda. Ale kiedy Zosia zaczęła odmawiać jedzenia kaszki i płakać przy każdym posiłku, postanowiłam zrobić jej zwykłą owsiankę z jabłkiem i cynamonem – taką, jaką kiedyś jadły moje dzieci.
Zjadła wszystko do ostatniej łyżeczki i pierwszy raz od kilku dni uśmiechnęła się do mnie szeroko. Poczułam dumę i ulgę.
Wieczorami siadałyśmy razem na kanapie i oglądałyśmy stare bajki o Reksiu i Bolku i Lolku. Zosia śmiała się do rozpuku, a ja czułam się potrzebna jak nigdy wcześniej. Czasem dzwoniła Magda i wypytywała o każdy szczegół: „Czy Zosia była na spacerze? Ile minut spała? Czy miała czapeczkę? Czy nie była narażona na gluten?”
Starałam się odpowiadać spokojnie, ale czułam coraz większą presję. Paweł był wdzięczny: – Mamo, nie wiem, co byśmy bez ciebie zrobili – mówił cicho wieczorami przez telefon. Ale Magda…
Po dwóch tygodniach wróciła do domu. W progu spojrzała na mnie chłodno. – Dziękuję za pomoc – powiedziała sztywno. – Ale musimy porozmawiać.
Usiadłyśmy w kuchni przy stole. Magda zaczęła wyliczać: – Zosia ma wysypkę na policzku. Czy dawała jej pani coś innego niż kaszkę jaglaną? – Tylko raz owsiankę… – przyznałam niepewnie. – Owsiankę?! Przecież mówiłam wyraźnie! Ona może mieć alergię! I jeszcze te bajki… Zosia powinna mieć ograniczony czas przed ekranem! – Jej głos stawał się coraz ostrzejszy.
– Magdo, ja naprawdę chciałam dobrze…
– Ale nie słuchała mnie pani! Wszystko trzeba robić według zasad! Teraz będziemy musieli znów ją przyzwyczajać do rutyny!
Poczułam się jak intruz we własnej rodzinie. Paweł stał w drzwiach i milczał. W jego oczach widziałam bezradność.
– Może przesadzasz? Mama tylko chciała pomóc…
– To nie jest pomoc, jeśli ktoś robi wszystko po swojemu! – krzyknęła Magda.
Zebrałam swoje rzeczy i wyszłam z mieszkania z ciężkim sercem. Po powrocie do domu usiadłam na kanapie i rozpłakałam się jak dziecko.
Przez kolejne dni nie miałam żadnego kontaktu z wnuczką. Paweł dzwonił rzadko i rozmawiał krótko. Magda przestała odbierać moje telefony.
W pracy koleżanki pytały: – Jak tam twoja Zosia?
Nie miałam siły odpowiadać.
Wieczorami patrzyłam na zdjęcia wnuczki w telefonie i zastanawiałam się, gdzie popełniłam błąd. Czy naprawdę jestem taką złą babcią? Czy dzisiejsze matki naprawdę wierzą, że tylko one wiedzą wszystko najlepiej?
Pewnego dnia spotkałam sąsiadkę na klatce schodowej.
– Pani Haniu, widziałam panią z wnuczką na placu zabaw. Tak pięknie się pani bawiłyście…
– To już przeszłość – odpowiedziałam smutno.
– Proszę się nie martwić. Moja synowa też uważa mnie za zagrożenie dla jej metod wychowawczych…
Okazuje się, że nie jestem sama.
Czasem myślę o tym wszystkim nocami: czy naprawdę świat tak bardzo się zmienił? Czy miejsce babci to już tylko zdjęcia na półce?
A może to ja powinnam nauczyć się nowej roli? Tylko czy wtedy jeszcze będę sobą?
Czy naprawdę zasłużyłam na taki los? Czy bycie babcią musi boleć?