Miłość do Mruczki – czy naprawdę kot może być ważniejszy niż rodzina?
„Twój kot ważniejszy niż rodzina!” – wykrzyknęła matka, a jej głos odbił się echem po całym mieszkaniu. Stałam w kuchni, ściskając w dłoni miskę z jedzeniem dla Mruczki, mojej ukochanej kotki. Czułam, jak łzy napływają mi do oczu, ale nie pozwoliłam im spłynąć. Nie tym razem.
Od dziecka marzyłam o własnym kocie. Pamiętam, jak godzinami przesiadywałam na parapecie w naszym bloku na Ratajach i obserwowałam bezdomne koty biegające po podwórku. Prosiłam rodziców o zwierzaka, ale zawsze słyszałam to samo: „Nie mamy czasu”, „Koty śmierdzą”, „Kto będzie sprzątał?”. Kiedy miałam dwadzieścia lat i zaczęłam studiować na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza, postanowiłam, że już dłużej nie będę czekać. Po kilku miesiącach oszczędzania kupiłam Mruczkę od sprawdzonego hodowcy w małym miasteczku pod Poznaniem.
Mruczka była szara jak popiół, z białą łatką na nosie i bursztynowymi oczami. Od pierwszego dnia stała się moją najlepszą przyjaciółką. Poświęcałam jej każdą wolną chwilę: dbałam, bawiłam się z nią, tuliłam. Nie była tylko kotem – była moją rodziną, powierniczką sekretów i cichym wsparciem w najtrudniejszych chwilach.
Moja matka nigdy tego nie rozumiała. „To tylko zwierzę!” – powtarzała z pogardą. Ale dla mnie Mruczka była czymś więcej. Kiedy wracałam zmęczona po zajęciach albo pokłócona z chłopakiem, tylko ona potrafiła sprawić, że czułam się bezpieczna.
Wszystko zaczęło się psuć w zeszłym roku, kiedy moja siostra Agata urodziła synka – Kubusia. Mama oszalała na punkcie wnuka i oczekiwała, że cała rodzina będzie się nim zajmować. Ja też miałam pomagać – odbierać go z przedszkola, zostawać na noc, kiedy Agata musiała iść do pracy na dyżur do szpitala. Robiłam to, ale zawsze z tyłu głowy miałam Mruczkę. Bałam się zostawiać ją samą na długo – była już starsza i miała problemy z nerkami.
Pewnego dnia Agata zadzwoniła do mnie o szóstej rano:
– Magda, możesz dziś odebrać Kubusia? Mam dyżur do późna, a mama źle się czuje.
– Dzisiaj nie dam rady – odpowiedziałam niepewnie. – Mruczka jest chora, muszę jechać z nią do weterynarza.
– Znowu ten kot? – westchnęła Agata. – Przecież to tylko zwierzę! Kubuś jest twoją rodziną!
Czułam się rozdarta. Z jednej strony wiedziałam, że Kubuś mnie potrzebuje, z drugiej – Mruczka była w złym stanie i bałam się ją zostawić samą nawet na godzinę.
Wieczorem mama przyszła do mnie do mieszkania. Weszła bez pukania, jakby nadal miała do tego prawo.
– Dla ciebie kot jest ważniejszy niż własny siostrzeniec! – krzyczała. – Co z ciebie za człowiek? Co za córka?
– Mamo, Mruczka jest chora! Potrzebuje mnie!
– A Kubuś nie potrzebuje? Agata nie potrzebuje? My wszyscy jesteśmy dla ciebie mniej ważni niż ten twój kot!
Nie wiedziałam, co powiedzieć. Stałam jak sparaliżowana, słuchając jej wyrzutów. W końcu wyszła trzaskając drzwiami tak mocno, że aż podskoczyła klatka schodowa.
Przez kolejne dni nie odbierały ode mnie telefonów. Czułam się samotna jak nigdy wcześniej. Nawet Mruczka wyczuwała moje napięcie – tuliła się do mnie mocniej niż zwykle i patrzyła tymi swoimi wielkimi oczami pełnymi zaufania.
W nocy śniło mi się dzieciństwo: ja i Agata bawimy się na podwórku, mama woła nas na obiad. Wszystko było wtedy prostsze. Teraz każda decyzja wydawała się mieć ogromne konsekwencje.
Po tygodniu zadzwonił tata:
– Magda, mama bardzo to przeżywa. Wiesz, że ona nie potrafi inaczej okazywać uczuć.
– Ale ja też mam prawo do swojego życia! – wybuchłam. – Mruczka to moja rodzina!
– Wiem… Ale czasem trzeba wybierać.
To zdanie dźwięczało mi w głowie przez kolejne dni: „Trzeba wybierać”. Czy naprawdę muszę wybierać między rodziną a kimś, kogo kocham?
Mruczka powoli dochodziła do siebie po leczeniu. Ja jednak czułam się coraz gorzej psychicznie. Praca magisterska leżała odłogiem, w pracy byłam rozkojarzona. Znajomi zaczęli pytać, co się dzieje.
W końcu postanowiłam napisać długi list do mamy i Agaty. Opisałam im wszystko: jak bardzo kocham Mruczkę, jak bardzo boję się ją stracić i jak trudno mi pogodzić oczekiwania rodziny z własnymi uczuciami. Prosiłam o zrozumienie i szacunek dla moich wyborów.
Odpowiedź przyszła dopiero po kilku dniach. Mama napisała krótko: „Zawsze będziesz moją córką. Ale musisz pamiętać, że rodzina to nie tylko kot.”
Nie wiem, czy kiedykolwiek uda nam się wrócić do dawnych relacji. Może już zawsze będzie między nami ta rysa niezrozumienia i żalu. Ale patrząc na śpiącą obok mnie Mruczkę wiem jedno: nie żałuję swoich wyborów.
Czasem zastanawiam się: czy naprawdę trzeba wybierać? Czy miłość do zwierzęcia może być powodem do wstydu? A może to właśnie ona pokazuje, jak bardzo jesteśmy zdolni kochać?