Z goryczy do przebaczenia: Dlaczego zdecydowałam się pomóc teściowej

— Nie musisz tu przychodzić, Aniu. — Jej głos był zimny jak lód, choć w oczach czaił się strach. — Poradzę sobie sama.

Stałam w progu jej mieszkania, ściskając w dłoni siatkę z zakupami. Przez chwilę miałam ochotę odwrócić się na pięcie i wyjść. Przecież przez dwadzieścia lat naszego małżeństwa z Piotrem nie zrobiła nic, bym poczuła się częścią tej rodziny. Wręcz przeciwnie — każda wizyta była dla mnie próbą sił, a każde święta kończyły się łzami i kłótniami.

— Mama, proszę cię — Piotr spojrzał na nią z wyrzutem. — Ania przyszła ci pomóc. Nie możesz być sama po tym wszystkim.

Wzruszyła ramionami, odwracając wzrok. Wtedy zobaczyłam jej drżące dłonie, blade policzki i oczy pełne zmęczenia. Zawsze była silna, dumna, nieprzystępna. Ale teraz… Teraz była tylko starszą kobietą po udarze, która nie potrafiła sama zrobić sobie herbaty.

Weszłam do kuchni, rozpakowując zakupy. Słyszałam jej ciche kroki za sobą. Przez chwilę panowała cisza, którą przerywało tylko brzęczenie lodówki.

— Nie wiem, czego oczekujesz — powiedziała nagle. — Nigdy nie chciałam cię zranić.

Zamknęłam oczy. Ile razy słyszałam podobne słowa? Ile razy próbowałam zrozumieć, dlaczego nie mogła zaakceptować mnie jako żony swojego syna? Przypomniałam sobie pierwsze święta u nich w domu. Siedziałam przy stole jak intruz, a ona patrzyła na mnie tak, jakby Piotr poślubił kogoś niegodnego ich nazwiska.

— Chcę tylko pomóc — odpowiedziałam cicho. — Nic więcej.

Przez kolejne dni powtarzał się ten sam schemat: ja przychodziłam z zakupami, gotowałam obiad, sprzątałam, a ona siedziała w fotelu i patrzyła przez okno. Czasem rzucała krótkie uwagi: „Nie tak się robi barszcz”, „Zostaw te kwiaty, sama je podleję”. Czułam się jak służąca w domu, w którym nigdy nie byłam mile widziana.

Wieczorami wracałam do domu i płakałam w ramionach Piotra.

— Może powinniśmy zatrudnić opiekunkę? — zaproponował któregoś dnia.

— Nie chcę jej zostawiać samej — odpowiedziałam. — To twoja mama.

Ale prawda była inna. Chciałam udowodnić sobie i jej, że potrafię być lepsza niż ona przez te wszystkie lata. Że potrafię wybaczyć.

Pewnego dnia przyszłam wcześniej niż zwykle. Zastałam ją siedzącą przy stole z albumem zdjęć. Zdziwiło mnie to — nigdy nie widziałam jej tak zamyślonej.

— To zdjęcia z dzieciństwa Piotra? — zapytałam ostrożnie.

Skinęła głową i przesunęła album w moją stronę.

— Był taki szczęśliwy… Zawsze chciałam dla niego wszystkiego, co najlepsze.

Usiadłam naprzeciwko niej. Przez chwilę milczałyśmy, przeglądając zdjęcia: Piotr na rowerze, Piotr z ojcem na Mazurach, Piotr z pierwszym psem.

— Bałam się — powiedziała nagle cicho. — Bałam się, że go stracę. Że ktoś zabierze mi syna…

Spojrzałam na nią uważnie. Po raz pierwszy zobaczyłam w niej nie tylko teściową, ale kobietę pełną lęków i żalu.

— Nigdy nie chciałam ci go odebrać — wyszeptałam. — Chciałam tylko być częścią tej rodziny.

Łzy napłynęły jej do oczu. Odwróciła wzrok, ale widziałam drżenie jej ust.

— Przepraszam — powiedziała po chwili. — Przepraszam za wszystko.

Te słowa spadły na mnie jak grom z jasnego nieba. Przez tyle lat czekałam na ten moment… a teraz nie wiedziałam, co powiedzieć.

— Ja też przepraszam — odpowiedziałam cicho. — Za to, że czasem byłam uparta i zamknięta w sobie.

Od tego dnia coś się zmieniło. Zaczęłyśmy rozmawiać o drobiazgach: o pogodzie, o sąsiadach, o dawnych czasach. Czasem śmiałyśmy się razem przy herbacie. Czułam, jak powoli znika mur między nami.

Ale życie nie przestaje wystawiać nas na próbę.

Pewnego wieczoru zadzwonił telefon. To był mój brat Marek:

— Anka, mama trafiła do szpitala. Zawał.

Świat mi zawirował przed oczami. W jednej chwili wszystkie żale wobec własnej matki wróciły ze zdwojoną siłą: jej wieczne pretensje o to, że wybrałam Piotra zamiast „porządnego chłopaka”, jej milczenie po naszym ślubie cywilnym…

Pojechałam do szpitala jak we śnie. Siedząc przy łóżku mamy, poczułam znajome ukłucie bólu i żalu. Czy naprawdę bycie matką oznacza ciągłe ocenianie i kontrolowanie dzieci? Czy ja też taka będę?

Po powrocie do domu długo rozmawiałam z Piotrem.

— Może czas wybaczyć naszym matkom? — zapytał cicho. — Może one po prostu bały się nas stracić?

Nie spałam całą noc. W głowie kłębiły mi się wspomnienia: pierwsze spotkanie z teściową, jej chłodne spojrzenie; moja mama płacząca po naszym ślubie; samotność podczas świąt…

Następnego dnia poszłam do teściowej wcześniej niż zwykle. Siedziała przy oknie i patrzyła na drzewa kołyszące się na wietrze.

— Chciałabym ci coś powiedzieć — zaczęłam niepewnie.

Spojrzała na mnie uważnie.

— Dziękuję ci za to, że jesteś — powiedziała cicho. — Bez ciebie nie dałabym rady.

Łzy napłynęły mi do oczu. Usiadłyśmy razem przy stole i przez długi czas milczałyśmy, trzymając się za ręce.

Dziś wiem jedno: przebaczenie nie jest łatwe. Wymaga odwagi i pokory. Ale bez niego nie da się żyć naprawdę.

Czy warto pielęgnować żal przez całe życie? Czy potrafimy wybaczyć tym, którzy nas zranili najbardziej?