Nie taki książę, jak się wydawał…

— Kinga, nie przesadzaj, przecież to tylko koledzy z wojska — powiedział Kamil, trzaskając drzwiami od łazienki. Stałam w kuchni, ściskając w dłoniach kubek z herbatą, który już dawno wystygł. W powietrzu unosił się zapach niedzielnego rosołu, ale w mojej głowie kłębiły się myśli tak gęste, że nie potrafiłam ich rozplątać.

Kamil wrócił do rodzinnego Krakowa po dwóch latach służby. Wszyscy mówili, że to chłopak jak z obrazka: wysoki, szerokie ramiona, czarne włosy opadające na czoło i te oczy – zielone, przenikliwe, jakby widział więcej niż inni. Ja przy nim wydawałam się zwyczajna: jasne włosy, smukła sylwetka, uśmiech, który często ukrywał niepewność. Gdy pierwszy raz mnie pocałował pod starym kasztanem na Plantach, pomyślałam, że to bajka. Że wreszcie spotkałam swojego księcia.

Z początku wszystko było jak w filmie. Kamil nosił mnie na rękach, przynosił kwiaty bez okazji, potrafił godzinami słuchać moich opowieści o pracy w bibliotece. Moja mama była zachwycona: „Wreszcie ktoś konkretny! Nie taki maminsynek jak twój były!” Tata tylko kiwał głową i patrzył na Kamila z ukosa, jakby przeczuwał coś złego. Ale ja nie chciałam słuchać ostrzeżeń.

Pierwsze rysy pojawiły się po kilku miesiącach. Kamil coraz częściej wychodził wieczorami z kolegami z wojska. Wracał późno, czasem czuć było od niego alkohol. „To tylko odreagowanie po służbie” – tłumaczył. Próbowałam rozumieć. Przecież każdy potrzebuje czasu dla siebie.

Pewnego wieczoru usłyszałam jego rozmowę przez telefon:
— Nie, nie mogę dziś. Kinga coś podejrzewa…
Zamarłam. Co miałam podejrzewać? W głowie pojawiły się obrazy: inna dziewczyna, tajemnice, kłamstwa. Ale gdy zapytałam wprost, roześmiał się:
— Kochanie, jesteś przewrażliwiona! Przecież cię kocham.

Chciałam wierzyć. Chciałam być tą jedyną. Ale coraz częściej czułam się jak statystka w jego życiu.

Wszystko pękło pewnej soboty. Szykowaliśmy się na urodziny mojej siostry. Kamil był rozdrażniony, krzyczał o byle co. W końcu rzucił:
— Po co w ogóle tam idziemy? Twoja rodzina mnie nie znosi!
— To nieprawda — odpowiedziałam cicho. — Po prostu… martwią się o mnie.
— Bo jesteś dzieckiem! — wybuchnął. — Zawsze musisz pytać ich o zdanie?

Łzy napłynęły mi do oczu. Wyszłam na balkon, żeby złapać oddech. Patrzyłam na światła miasta i zastanawiałam się, kiedy wszystko zaczęło się psuć.

Na urodzinach atmosfera była napięta. Kamil siedział ponuro przy stole, nie odzywał się do nikogo. Moja siostra próbowała żartować:
— Kamil, opowiedz coś z wojska! Pewnie masz mnóstwo historii!
On tylko wzruszył ramionami:
— To nie są historie na rodzinne imprezy.
Czułam na sobie spojrzenia rodziny. Wszyscy widzieli, że coś jest nie tak.

Po powrocie do domu wybuchła awantura.
— Masz ich wszystkich za świętych! — krzyczał Kamil. — A ja jestem zawsze tym złym!
— Nikt tak nie mówi! — próbowałam go uspokoić.
— Wiesz co? Może powinnaś wrócić do mamusi!

Tej nocy nie spałam. Siedziałam na łóżku i patrzyłam na śpiącego Kamila. Wyglądał spokojnie, jakby nic się nie stało. A ja czułam się jak cień samej siebie.

Następne tygodnie były coraz trudniejsze. Kamil zaczął znikać na całe noce. Tłumaczył się pracą, spotkaniami z kolegami. Przestał odbierać moje telefony. W pracy byłam rozkojarzona, popełniałam błędy. Koleżanka z biblioteki zapytała:
— Kinga, wszystko w porządku?
Chciałam odpowiedzieć „tak”, ale głos ugrzązł mi w gardle.

Pewnego dnia zobaczyłam Kamila na mieście – szedł z jakąś dziewczyną pod rękę. Zatrzymałam się jak wryta. On też mnie zauważył. Przez chwilę patrzyliśmy sobie w oczy – jego spojrzenie było zimne, obce.

Wieczorem czekałam na niego w domu.
— Kim była ta dziewczyna? — zapytałam bez ogródek.
Wzruszył ramionami:
— Koleżanka z pracy.
— Trzymałeś ją za rękę.
— Przesadzasz.

Wtedy coś we mnie pękło.
— Kamil… Ja już nie mogę tak żyć.
Spojrzał na mnie z ironią:
— To twoja decyzja.

Spakował swoje rzeczy i wyszedł bez słowa.

Przez kilka dni chodziłam jak zombie. Mama przyjechała i przytuliła mnie mocno:
— Kochanie… czasem trzeba przeżyć ból, żeby zobaczyć prawdę.
Tata tylko poklepał mnie po ramieniu i powiedział:
— Lepiej teraz niż za późno.

Minęły miesiące. Powoli wracałam do siebie. Zaczęłam biegać po Błoniach, spotykać się z przyjaciółkami, czytać książki dla przyjemności – nie tylko do pracy. Czasem jeszcze widzę Kamila na ulicy – zawsze idzie szybko, jakby uciekał przed własnym cieniem.

Często myślę o tym wszystkim i pytam siebie: czy można naprawdę znać drugiego człowieka? Czy miłość to tylko złudzenie? Może czasem trzeba upaść bardzo nisko, żeby nauczyć się kochać przede wszystkim siebie…