Nić, która pęka: Historia matki z Krakowa

– Michał, proszę cię, powiedz mi w końcu, co się dzieje! – mój głos drżał, choć starałam się brzmieć spokojnie. Stałam w kuchni, oparta o blat, a on patrzył gdzieś poza mnie, jakby ściana za moimi plecami była ciekawsza niż własna matka.

– Mamo, nie teraz. – Jego ton był chłodny, obcy. – Muszę jechać po Olę do przedszkola.

Drzwi trzasnęły. Zostałam sama z ciszą, która bolała bardziej niż jakiekolwiek słowa. Odkąd urodził mu się syn, Franek, Michał coraz rzadziej do mnie dzwonił, coraz mniej przychodził. Kiedyś rozmawialiśmy codziennie – o pogodzie, o pracy, o tym, co gotuję na obiad. Teraz miałam wrażenie, że jestem dla niego tylko przeszkodą.

Początkowo tłumaczyłam to zmęczeniem – młodzi rodzice mają przecież tyle na głowie. Ale minęły dwa lata i nic się nie zmieniało. Ola rosła, Franek stawiał pierwsze kroki, a ja widywałam ich tylko na zdjęciach przesyłanych przez synową. Zosia zawsze była uprzejma, ale chłodna. Nigdy nie powiedziała złego słowa, ale też nigdy nie zaprosiła mnie na kawę.

Pewnego dnia zadzwoniła do mnie sąsiadka z parteru.

– Pani Aniu, widziałam pani syna z wnukiem w parku. Takie piękne dzieciątko! – powiedziała z entuzjazmem.

– Tak… – odpowiedziałam cicho. – Rzadko mam okazję go widywać.

– Oj, szkoda. Wie pani, ja to zawsze myślałam, że rodzina powinna trzymać się razem.

Te słowa bolały. Przez resztę dnia chodziłam jak struta. W końcu nie wytrzymałam i zadzwoniłam do Michała.

– Synku, czy mogę przyjść jutro? Upiekłam twoje ulubione ciasto z rabarbarem.

– Mamo… może innym razem. Zosia jest zmęczona po pracy.

Znowu odmowa. Położyłam się spać z ciężarem na sercu. W nocy śniło mi się dzieciństwo Michała – jak biegał po podwórku z rozbitym kolanem i wołał: „Mamo!”

Następnego dnia postanowiłam pójść do nich bez zapowiedzi. Kupiłam kwiaty dla Zosi i czekoladki dla dzieci. Stałam pod drzwiami ich mieszkania na osiedlu Ruczaj i czułam się jak intruz. Drzwi otworzyła Zosia.

– Dzień dobry… – zaczęłam niepewnie.

– Dzień dobry, pani Aniu – odpowiedziała chłodno. – Michała nie ma, jest w pracy.

– Może mogłabym wejść na chwilę? Przyniosłam ciasto…

Zosia zawahała się przez moment.

– Dzieci śpią. Może innym razem.

Zamknęła drzwi delikatnie, ale stanowczo. Stałam przez chwilę na klatce schodowej z ciastem w rękach i łzami w oczach. Wróciłam do domu i przez kilka dni nie mogłam dojść do siebie.

W końcu zebrałam się na odwagę i napisałam list do Michała. Opisałam wszystko: jak bardzo mi go brakuje, jak tęsknię za wnukami, jak boli mnie ta obojętność. Nie odpowiedział.

Minął miesiąc. Pewnego wieczoru usłyszałam dzwonek do drzwi. To był Michał.

– Musimy porozmawiać – powiedział bez przywitania.

Usiedliśmy w kuchni. Przez chwilę milczał, bawiąc się łyżeczką od herbaty.

– Mamo… Ty nigdy nie rozumiałaś Zosi – zaczął cicho. – Ona czuje się przy tobie oceniana. Mówiłaś jej kiedyś, że źle karmi Olę, że powinna wrócić szybciej do pracy… Pamiętasz?

Zatkało mnie. Próbowałam sobie przypomnieć te rozmowy. Może rzeczywiście powiedziałam coś nie tak? Ale przecież chciałam dobrze!

– Michał… Ja tylko chciałam pomóc…

– Ale ona tego nie potrzebowała! – przerwał mi ostro. – Potrzebowała akceptacji. A ty zawsze wiedziałaś lepiej.

Poczułam się tak, jakby ktoś uderzył mnie w twarz.

– Przepraszam… – wyszeptałam.

Michał spojrzał na mnie ze smutkiem.

– Wiem, że chcesz dobrze. Ale czasem twoja troska jest… przytłaczająca.

Siedzieliśmy w ciszy przez długą chwilę. W końcu Michał wstał.

– Muszę już iść. Zosia czeka.

Kiedy wyszedł, długo płakałam. Próbowałam sobie przypomnieć wszystkie rozmowy z Zosią – każde słowo, każdy gest. Czy rzeczywiście byłam taka surowa? Czy moje dobre rady były tak raniące?

Od tamtej rozmowy minęły tygodnie. Michał dzwonił rzadko, ale przynajmniej odbierał telefon. Zosia nadal była chłodna. Widziałam wnuki tylko przez okno samochodu albo na zdjęciach w internecie.

Pewnego dnia dostałam wiadomość od Michała:

„Mamo, Franek ma przedstawienie w przedszkolu. Chciałbyś przyjść?”

Serce mi zabiło mocniej. Odpisałam natychmiast: „Oczywiście!”

W dniu przedstawienia ubrałam się najładniej jak umiałam i kupiłam mały upominek dla Franka. W przedszkolu zobaczyłam Zosię stojącą z boku sali. Podeszłam do niej niepewnie.

– Dzień dobry, Zosiu… Dziękuję za zaproszenie.

Spojrzała na mnie uważnie.

– To Franek nalegał – powiedziała cicho.

Przez chwilę stałyśmy w milczeniu.

– Zosiu… Przepraszam za wszystko, co powiedziałam nie tak – wyszeptałam drżącym głosem. – Chciałam tylko pomóc… Ale chyba nie umiałam tego zrobić dobrze.

Zosia spojrzała na mnie zaskoczona.

– Dziękuję za przeprosiny – powiedziała po chwili. – Może spróbujemy jeszcze raz?

Uśmiechnęłyśmy się do siebie niepewnie. Przedstawienie zaczęło się i Franek machał do mnie z uśmiechem od ucha do ucha.

Po wszystkim Michał podszedł do mnie i objął mnie lekko ramieniem.

– Dziękuję, mamo – szepnął.

Wyszliśmy razem z przedszkola w milczeniu, ale to było dobre milczenie – pełne nadziei.

Dziś wiem, że czasem najbardziej ranią te słowa i gesty, które miały być wyrazem miłości. Czy można nauczyć się kochać inaczej? Czy da się naprawić nić, która już raz pękła?