Zostawił mnie w dziewiątym miesiącu ciąży. Po trzech latach wrócił i błagał o wybaczenie…

— Nie możesz mnie teraz zostawić, Piotr! — krzyknęłam, czując jak łzy spływają mi po policzkach. Stałam oparta o framugę drzwi, z ogromnym brzuchem, który ledwo mieścił się w mojej ulubionej sukience. Piotr patrzył na mnie z mieszaniną wstydu i bezradności. — Przepraszam, Aniu. Ja… ja nie daję rady. To wszystko mnie przerasta — wyszeptał, unikając mojego wzroku. Wyszedł, trzaskając drzwiami, a ja zostałam sama. W dziewiątym miesiącu ciąży.

Pamiętam tamten wieczór jak przez mgłę. Siedziałam na podłodze w kuchni, tuląc się do siebie, próbując zrozumieć, jakim cudem moje życie rozpadło się w jednej chwili. Przez kolejne dni funkcjonowałam jak automat — śniadanie, lekarz, zakupy, łzy w poduszkę. Mama przyjechała z Wrocławia, żeby mi pomóc, ale jej obecność tylko podkreślała moją porażkę. „Nie martw się, Aniu, dasz radę. Dziecko jest najważniejsze” — powtarzała, a ja miałam ochotę krzyczeć.

Poród był szybki i bolesny. Gdy położna podała mi małego Jasia, poczułam coś na kształt szczęścia i rozpaczy jednocześnie. Patrzyłam na jego maleńką twarz i obiecałam sobie, że nigdy nie pozwolę mu poczuć się tak samotnym jak ja wtedy. Piotr nie pojawił się w szpitalu. Nie zadzwonił nawet zapytać, czy wszystko w porządku.

Pierwsze miesiące były walką o przetrwanie. Jaś płakał nocami, a ja płakałam razem z nim. Z pracy w urzędzie gminy musiałam zrezygnować — nie miałam komu powierzyć dziecka. Zaczęłam szyć ubranka dla dzieci i sprzedawać je przez internet. Każda złotówka była na wagę złota. Czasem miałam ochotę napisać do Piotra: „Widzisz, co zrobiłeś?”, ale duma mi nie pozwalała.

Rodzina Piotra odwróciła się ode mnie całkowicie. Teściowa przestała odbierać telefony, a jego brat udawał, że mnie nie zna na ulicy. Czułam się jak trędowata. Tylko moja mama i przyjaciółka Magda trzymały mnie przy życiu. Magda powtarzała: „Jeszcze będziesz szczęśliwa, zobaczysz”. Nie wierzyłam jej.

Minęły trzy lata. Jaś rósł jak na drożdżach — był moim całym światem. Zaczęłam powoli układać sobie życie na nowo. Znalazłam pracę w przedszkolu jako pomoc nauczyciela. Poznałam kilku fajnych ludzi, nawet zaczęłam się uśmiechać do siebie w lustrze.

Aż pewnego dnia wszystko wróciło.

Był piątek, padał deszcz. Otworzyłam drzwi i zobaczyłam Piotra. Stał na klatce schodowej z bukietem tulipanów i miną zbitego psa.

— Aniu…

Zamarłam. Przez chwilę myślałam, że to sen albo koszmar. Jaś bawił się w pokoju obok.

— Co ty tu robisz? — zapytałam zimno.

— Muszę z tobą porozmawiać… Proszę.

Wpuściłam go do środka tylko dlatego, że nie chciałam robić sceny na klatce schodowej.

Usiadł na kanapie i zaczął mówić: o tym, jak bardzo żałuje, jak nie radził sobie z odpowiedzialnością, jak uciekł do Warszawy i przez trzy lata próbował zapomnieć o nas. O tym, że miał depresję, że był tchórzem. Że codziennie myślał o Jasiu i o mnie.

— Chcę być ojcem dla Jasia… Chcę ci pomóc… Proszę cię o drugą szansę — mówił łamiącym się głosem.

Patrzyłam na niego i czułam gniew, żal i… coś jeszcze. Przez trzy lata byłam sama ze wszystkim: z chorobami Jasia, z brakiem pieniędzy, ze strachem przed przyszłością. On wtedy bawił się w dorosłość gdzieś indziej.

— Myślisz, że możesz tak po prostu wrócić? — zapytałam cicho.

— Wiem, że nie zasługuję… Ale kocham was…

Jaś wszedł do pokoju i spojrzał na Piotra niepewnie.

— Kim pan jest? — zapytał.

Piotr zbladł.

— Jestem… jestem twoim tatą — wyszeptał.

Jaś spojrzał na mnie pytająco. Przytuliłam go mocno.

Przez kolejne tygodnie Piotr próbował odzyskać nasze zaufanie. Przychodził po Jasia do przedszkola, zabierał go na lody, kupował zabawki. Ja obserwowałam ich z dystansem — widziałam radość Jasia i jednocześnie bałam się kolejnego rozczarowania.

Mama była przeciwna: „Nie pozwól mu wejść z powrotem do waszego życia! Znowu cię skrzywdzi” — ostrzegała.

Magda była bardziej wyrozumiała: „Może się zmienił? Może warto dać mu szansę dla Jasia?”.

A ja? Sama nie wiedziałam czego chcę. Każde spotkanie z Piotrem rozdrapywało stare rany. Czasem łapałam się na tym, że tęsknię za tymi chwilami we dwoje sprzed lat — za wspólnymi śniadaniami, za jego żartami przy kawie… Ale potem przypominałam sobie tamten wieczór i ból wracał ze zdwojoną siłą.

Pewnego dnia Piotr poprosił mnie o rozmowę bez Jasia.

— Aniu… Ja naprawdę chcę być częścią waszego życia. Wiem, że zawiodłem cię jak nikt inny… Ale proszę cię o szansę. Dla Jasia… dla nas…

Patrzyłam mu prosto w oczy i widziałam w nich strach i nadzieję jednocześnie.

— Nie wiem czy potrafię ci wybaczyć — powiedziałam szczerze. — Ale wiem jedno: Jaś zasługuje na ojca…

I tak zaczęliśmy powoli budować coś na nowo — nie jako para, ale jako rodzice Jasia. Było trudno — czasem chciałam go wyrzucić za drzwi, czasem miałam ochotę go przytulić. Jaś był szczęśliwy widząc nas razem przy stole.

Minął rok od powrotu Piotra. Nadal nie jesteśmy razem jako para — może nigdy już nie będziemy. Ale nauczyliśmy się rozmawiać bez wyrzutów i krzyków. Jaś ma ojca i matkę obok siebie.

Czasem zastanawiam się: czy można wybaczyć zdradę i tchórzostwo? Czy warto dawać drugą szansę komuś, kto raz już odszedł? A może najważniejsze jest to, by nasze dziecko miało oboje rodziców?

Czy wy bylibyście w stanie wybaczyć? Czy można naprawdę zacząć od nowa?