Miłość, która kosztowała zbyt wiele: Historia o utraconych złudzeniach

– Czy ty w ogóle rozumiesz, co robisz? – głos mojej matki drżał ze złości i rozpaczy, kiedy po raz pierwszy powiedziałam jej, że Piotr zostawił żonę dla mnie. Stałyśmy w kuchni, a zapach świeżo zaparzonej kawy mieszał się z ciężarem niewypowiedzianych słów. Patrzyła na mnie tak, jakby widziała obcą osobę. – Zniszczyłaś rodzinę, Aniu. Czy naprawdę jesteś z tego dumna?

Nie odpowiedziałam. W mojej głowie wciąż brzmiały słowa Piotra z poprzedniego wieczoru: „Dla ciebie jestem gotów zacząć wszystko od nowa”. Marzyłam o tym momencie od czasów studenckich, kiedy Piotr – starszy ode mnie o siedem lat wykładowca na Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej – wydawał mi się nieosiągalnym ideałem. Wtedy miał już żonę, Magdę, i małą córeczkę. Ja byłam tylko cichą studentką z małego miasteczka pod Lublinem, która potrafiła godzinami patrzeć na niego podczas wykładów.

Minęło kilka lat. Pracowałam w lokalnej bibliotece, prowadziłam spokojne życie, ale wciąż śniłam o Piotrze. Kiedy przypadkiem spotkałam go na rynku w naszym miasteczku, serce zabiło mi mocniej. Uśmiechnął się do mnie tak ciepło, jakbyśmy byli starymi przyjaciółmi. Zaczęliśmy rozmawiać – najpierw niewinnie, potem coraz bardziej intymnie. Piotr opowiadał o problemach w małżeństwie, o tym, że czuje się samotny i niezrozumiany. Słuchałam go z uwagą, a każde jego słowo utwierdzało mnie w przekonaniu, że to właśnie ja jestem tą jedyną.

Nasze spotkania stawały się coraz częstsze. Najpierw kawa w kawiarni, potem długie spacery po parku, aż w końcu wieczory spędzane u mnie w mieszkaniu. Widziałam w jego oczach tęsknotę i ból, ale też nadzieję. Pewnego dnia powiedział mi: „Nie mogę już tak żyć. Chcę być z tobą”. Wtedy świat zawirował mi przed oczami. Nie myślałam o Magdzie ani o ich córce. Liczyło się tylko to, że Piotr wybrał mnie.

Kiedy powiedział żonie prawdę i wyprowadził się z domu, poczułam się jak zwyciężczyni. Przez chwilę byłam szczęśliwa – do czasu, aż zaczęły się pierwsze problemy. Piotr zamieszkał u mnie. Na początku było cudownie: wspólne śniadania, rozmowy do późna w nocy, plany na przyszłość. Ale szybko okazało się, że rzeczywistość jest inna niż moje wyobrażenia.

Piotr był przygnębiony i rozdrażniony. Często zamykał się w sobie, godzinami patrzył przez okno albo bez słowa wychodził na długie spacery. Próbowałam go pocieszać, ale on coraz częściej mówił o córce: „Tęsknię za nią… Nie wiem, czy dobrze zrobiłem”. Zaczęły się telefony od Magdy – najpierw spokojne prośby o rozmowę, potem coraz bardziej rozpaczliwe wiadomości: „Jak mogłeś nam to zrobić? Nasza córka płacze każdej nocy!”.

W pracy zaczęto na mnie patrzeć krzywo. Plotki rozchodziły się błyskawicznie – w małym miasteczku wszyscy wiedzą wszystko o wszystkich. Koleżanki z biblioteki przestały zapraszać mnie na kawę. Nawet sąsiadka spod trójki przestała się ze mną witać na klatce schodowej.

Pewnego wieczoru Piotr wrócił późno i usiadł ciężko na kanapie. – Aniu… nie wiem już sam… Może popełniliśmy błąd? Może powinniśmy to zakończyć?

Poczułam, jakby ktoś wylał na mnie kubeł lodowatej wody. – Jak możesz tak mówić? – wyszeptałam drżącym głosem. – Przecież dla mnie zostawiłeś wszystko!

– Właśnie… Zostawiłem wszystko – odpowiedział cicho i spuścił wzrok.

Od tamtej pory było już tylko gorzej. Piotr coraz częściej jeździł do Lublina „załatwiać sprawy”, a ja zostawałam sama w pustym mieszkaniu. Zaczęłam mieć koszmary – śniło mi się, że Magda stoi pod moimi drzwiami i krzyczy: „Oddaj mi męża! Oddaj mi życie!”.

Któregoś dnia zadzwoniła do mnie matka Piotra. Jej głos był zimny jak lód: – Mam nadzieję, że jesteś dumna z tego, co zrobiłaś. Zniszczyłaś rodzinę mojego syna.

Nie miałam już siły walczyć z poczuciem winy. Zaczęłam unikać ludzi, przestałam odbierać telefony od przyjaciółek. Nawet moja własna matka patrzyła na mnie z wyrzutem.

W końcu Piotr oznajmił mi, że musi wrócić do Lublina na stałe – „dla dobra córki”. Obiecał, że będzie do mnie dzwonił i odwiedzał mnie w weekendy. Ale wiedziałam już wtedy, że to koniec.

Zostałam sama – z pustym mieszkaniem i jeszcze bardziej pustym sercem. Marzenie mojego życia okazało się koszmarem.

Czasem zastanawiam się: czy naprawdę warto było tak wiele poświęcić dla miłości? Czy można być szczęśliwym kosztem czyjegoś cierpienia? Może niektóre marzenia powinny pozostać tylko marzeniami…