Kiedy własne dziecko odwraca się od matki: Opowieść Zofii, matki i teściowej

– Zofia, czy ty naprawdę nie rozumiesz, że przesadzasz? – głos Marty odbił się echem po całym mieszkaniu. Stałam w przedpokoju z torbą pełną świeżo upieczonych drożdżówek, które zawsze lubił Michał. – Nie musisz tu przychodzić bez zapowiedzi. Mamy swoje życie! – dodała, patrząc na mnie z chłodnym dystansem.

W tej chwili poczułam, jakby ktoś wyrwał mi serce z piersi. Michał stał za nią, nie patrzył mi w oczy. – Mamo, Marta ma rację. Proszę cię, daj nam trochę przestrzeni – powiedział cicho, niemal szeptem. Przez chwilę miałam wrażenie, że śnię. Przecież to ja byłam tą, która przez lata dźwigała wszystko na swoich barkach. Po śmierci mojego męża, Andrzeja, Michał był moim jedynym sensem życia. To dla niego pracowałam po nocach w szpitalu jako pielęgniarka, to dla niego rezygnowałam z własnych marzeń.

A teraz stałam tu, nieproszona, niemile widziana. – Chciałam tylko przynieść wam coś słodkiego… – wyszeptałam, czując jak łzy napływają mi do oczu. Marta wzruszyła ramionami i bez słowa zamknęła drzwi. Stałam tak jeszcze chwilę na klatce schodowej, zanim zebrałam się na odwagę i wróciłam do pustego mieszkania.

W domu czekała na mnie cisza. Usiadłam przy kuchennym stole i patrzyłam na zdjęcie Michała z dzieciństwa – uśmiechniętego chłopca z rozczochraną grzywką. Pamiętam, jak biegał po podwórku w starych trampkach i wołał: „Mamo! Patrz!” Teraz nie chciał nawet spojrzeć mi w oczy.

Zadzwoniłam do mojej przyjaciółki, Haliny. – Halinko, ja już nie wiem co robić… Oni mnie nie chcą… – głos mi się załamał. – Zosiu, musisz być twarda. Nie pozwól im się tak traktować! Przecież jesteś jego matką! – odpowiedziała stanowczo. Ale jak być twardą, kiedy serce pęka na kawałki?

Przez kolejne tygodnie Michał nie dzwonił. Nie pytał, czy żyję, czy czegoś potrzebuję. Czułam się jak duch we własnym życiu. Wychodziłam tylko do sklepu i na cmentarz do Andrzeja. Tam opowiadałam mu wszystko – o tym jak bardzo tęsknię za synem, jak bardzo boli mnie ta obojętność.

Pewnego dnia dostałam wiadomość od Michała: „Mamo, Marta jest w ciąży. Proszę cię o spokój i zrozumienie.” Nawet nie zadzwonił. Nawet nie zaprosił mnie na herbatę, żeby podzielić się tą radosną nowiną. Przez chwilę poczułam ukłucie nadziei – może teraz coś się zmieni? Może narodziny wnuczki nas zbliżą?

Przygotowałam mały sweterek na drutach i pluszowego misia. Poszłam do nich z prezentami. Marta otworzyła drzwi tylko na tyle, bym mogła zobaczyć jej zmęczoną twarz.
– Przyniosłam coś dla maleństwa…
– Nie trzeba było – przerwała mi ostro. – Dziękujemy, ale radzimy sobie sami.
Michał nawet nie wyszedł z pokoju.

Wróciłam do domu z pustymi rękami i jeszcze bardziej pustym sercem. Przez kolejne dni nie mogłam spać. W głowie miałam tylko jedno pytanie: gdzie popełniłam błąd? Czy naprawdę byłam zbyt opiekuńcza? Czy to źle kochać swoje dziecko ponad wszystko?

Czas mijał powoli. Halina próbowała mnie pocieszać: – Zosiu, może daj im trochę czasu? Może Marta się zmieni po porodzie? Ale ja wiedziałam swoje – Marta nigdy mnie nie zaakceptuje.

Nadszedł dzień narodzin mojej wnuczki – Julki. O tym, że już przyszła na świat dowiedziałam się przypadkiem od sąsiadki z bloku obok: – Widziałam twojego Michała z wózkiem! Gratulacje!
Serce mi stanęło. Nie zaprosili mnie do szpitala, nie zadzwonili nawet z wiadomością.

Po kilku dniach zebrałam się na odwagę i zadzwoniłam do Michała:
– Synku… chciałabym zobaczyć Julkę…
– Mamo… Marta jest bardzo zmęczona. To nie jest dobry moment.
– Ale ja… jestem twoją mamą…
– Proszę cię…
Rozłączył się pierwszy.

Zaczęłam zamykać się w sobie coraz bardziej. Wychodziłam tylko po zakupy i na krótkie spacery po parku. Często widziałam tam młode mamy z dziećmi i czułam ukłucie zazdrości i żalu.

Któregoś dnia spotkałam Martę przypadkiem w sklepie spożywczym.
– Dzień dobry, Marto…
– Dzień dobry – odpowiedziała chłodno.
– Jak Julka?
– Dobrze.
– Może kiedyś mogłabym ją zobaczyć?
Marta spojrzała na mnie z wyraźną niechęcią:
– Zofia… my naprawdę chcemy mieć spokój. Proszę to uszanować.
Odeszła bez słowa więcej.

Wieczorem zadzwoniła Halina:
– Zosiu, musisz coś zrobić! Nie możesz pozwolić im się tak traktować!
Ale co mogłam zrobić? Przecież nie zmuszę ich do miłości.

Minęły miesiące. Michał czasem wysyłał krótkie wiadomości: „Wszystko dobrze”, „Julka zdrowa”. Ani razu nie zaprosili mnie do siebie.

W końcu postanowiłam napisać list:
„Kochany Synku,
Nie wiem, gdzie popełniłam błąd jako matka. Może byłam zbyt obecna w twoim życiu? Może za bardzo cię kochałam? Chciałabym tylko móc poznać moją wnuczkę i być częścią waszej rodziny. Jeśli kiedyś będziesz gotowy – drzwi mojego domu są zawsze otwarte.”

Nie dostałam odpowiedzi.

Dziś siedzę przy oknie i patrzę na dzieci bawiące się na podwórku. Czasem wyobrażam sobie, że Julka biegnie do mnie z uśmiechem i woła: „Babciu!” Ale to tylko marzenie.

Czy naprawdę matczyna miłość może być winą? Czy każda teściowa musi być wrogiem? A może to po prostu los wszystkich matek – zostać zapomnianą przez własne dziecko?

Co wy o tym myślicie? Czy można kochać za bardzo? Czy jest jeszcze dla mnie nadzieja?