„Nie jestem już panią swojego domu” – Opowieść o teściowej, synowej i cienkiej granicy między bliskością a samotnością
– Natalia, możesz mi pomóc z ciastem? – zapytałam, starając się ukryć drżenie w głosie. W kuchni pachniało drożdżami i cynamonem, a zza drzwi dobiegały śmiechy mojego syna Pawła i jego żony. Sobotnie popołudnie w naszym domu na obrzeżach Poznania zawsze było dla mnie świętością – czasem rodzinnym, czasem pełnym gwaru i zapachu pieczonych jabłek. Ale odkąd Paweł się ożenił, coraz częściej czułam się jak gość we własnym domu.
Natalia spojrzała na mnie znad ekranu telefonu, nie przerywając pisania. – Zaraz, tylko odpiszę koleżance – rzuciła beznamiętnie. Paweł nawet nie podniósł głowy znad gazety. Przez chwilę stałam w progu kuchni, czując jak narasta we mnie żal i bezsilność. Czy naprawdę tak trudno oderwać się na chwilę od tego przeklętego telefonu i pomóc? Przecież to nie restauracja, tylko dom!
Wróciłam do kuchni i zaczęłam sama wyrabiać ciasto. Z salonu dobiegały mnie ich rozmowy o weekendowych planach i nowym serialu na Netflixie. Poczułam się jak służąca – niewidzialna, zbędna. Przypomniały mi się rozmowy z koleżankami z chóru: „Moja synowa nawet nie wie, gdzie trzymam talerze!” – śmiałyśmy się gorzko. Zawsze myślałam: „Moja Natalia jest inna”. Ale czy na pewno?
Kiedy wróciłam z miską ciasta do salonu, rozmowa ucichła. Natalia spojrzała na mnie z lekkim uśmiechem.
– Może chociaż nakryję do stołu? – zaproponowała.
– Już wszystko gotowe – odpowiedziałam chłodno, choć w środku aż mnie skręcało.
Obiad przebiegł w napiętej atmosferze. Mój mąż Marek próbował rozładować sytuację żartami o politykach, ale nikt się nie śmiał. Paweł patrzył to na mnie, to na Natalię, jakby próbował odczytać nasze myśli. W końcu Natalia wstała od stołu i zaczęła zbierać talerze.
– Zostaw, ja to zrobię – powiedziałam szybko, nie chcąc robić sceny przy wszystkich.
– Mamo, daj jej pomóc – odezwał się Paweł cicho.
Poczułam łzy pod powiekami. Czy naprawdę jestem aż tak trudna?
Wieczorem usiadłam na balkonie z kubkiem herbaty. Marek dołączył po chwili.
– Przesadzasz – powiedział bez ogródek. – Ona jest młoda, inaczej wychowana. Daj jej czas.
– Ale ja tylko chciałam… żebyśmy były bliżej – wyszeptałam.
– Może za bardzo chcesz? – odpowiedział Marek i wrócił do środka.
Następnego dnia rano postanowiłam spróbować jeszcze raz. Kiedy Natalia weszła do kuchni po kawę, uśmiechnęłam się do niej.
– Może upieczemy razem sernik? Paweł go uwielbia.
Natalia spojrzała na mnie zaskoczona.
– Nigdy nie piekłam sernika…
– To świetna okazja, żeby się nauczyć – powiedziałam z entuzjazmem.
Zaczęłyśmy razem ucierać twaróg. Przez chwilę było niezręcznie cicho.
– Wie pani… – zaczęła Natalia niepewnie – …moja mama nigdy nie gotowała ze mną w kuchni. Zawsze mówiła, że szybciej zrobi sama.
Spojrzałam na nią z nowym zrozumieniem.
– Moja mama była taka sama – przyznałam cicho.
Nagle poczułam, jak coś we mnie pęka. Może naprawdę za bardzo oczekiwałam od Natalii tego, czego sama nigdy nie dostałam? Może próbowałam nadrobić własne braki przez nią?
Sernik wyszedł przepyszny. Paweł był zachwycony, a Natalia nawet poprosiła o przepis. Przez chwilę poczułam się szczęśliwa. Ale potem znów wróciły stare myśli: czy to wystarczy? Czy jeden wspólny wypiek zmieni lata dystansu?
Wieczorem usiedliśmy wszyscy przy ognisku w ogrodzie. Natalia opowiadała o swojej pracy w agencji PR-owej, a Paweł słuchał jej z dumą. Patrzyłam na nich i zastanawiałam się, czy kiedykolwiek będę dla niej kimś więcej niż „mamą Pawła”.
Kiedy wracaliśmy do domu po weekendzie, Marek zapytał:
– I co teraz?
Westchnęłam ciężko.
– Nie wiem… Może muszę nauczyć się odpuszczać?
Czasem myślę: czy naprawdę tak trudno jest znaleźć wspólny język? Czy to ja jestem problemem… czy po prostu świat się zmienił?
A wy? Jak dogadujecie się ze swoimi synowymi lub teściowymi? Czy warto walczyć o bliskość za wszelką cenę?