Pięć lat milczenia: Dług, który rozdarł moją rodzinę
— Znowu o tym zaczynasz? — głos Pawła był cichy, ale napięcie w jego ramionach zdradzało, że zaraz wybuchnie. Siedzieliśmy przy kuchennym stole, a za oknem szarzał listopadowy wieczór. W powietrzu wisiała cisza, którą od pięciu lat przerywały tylko nasze kłótnie.
— Nie zaczynam, tylko pytam — odpowiedziałam, starając się nie podnosić głosu. — Mama znowu pytała, czy rozmawiałeś z rodzicami o tych pieniądzach. Wiesz, jak bardzo jej na tym zależy.
Paweł spojrzał na mnie z wyrzutem. — To nie jej sprawa. To moja rodzina. Poza tym… przecież wiesz, że oni nie mają z czego oddać.
Zacisnęłam dłonie na kubku z herbatą. Pięć lat temu, kiedy teściowie przyszli do nas z prośbą o pożyczkę, nie zastanawialiśmy się długo. Byliśmy świeżo po ślubie, mieliśmy trochę oszczędności i wydawało się oczywiste, że trzeba im pomóc. „Rodzina jest najważniejsza” — powtarzała wtedy moja mama. Teraz powtarzała coś zupełnie innego.
— Ale to były nasze pieniądze — szepnęłam. — Nasze wspólne pieniądze.
Paweł wstał gwałtownie i odszedł do okna. — Zawsze chodzi o pieniądze, prawda? — rzucił przez zaciśnięte zęby.
Nie odpowiedziałam. W głowie miałam słowa mamy: „Nie pozwól sobie wejść na głowę. Oni zawsze tak robią. Najpierw proszą, potem zapominają.” Każda rozmowa z nią kończyła się tym samym: pytaniem o dług i oskarżeniem, że jestem za miękka.
Wróciły wspomnienia tamtego dnia. Teściowa płakała, teść milczał. Potrzebowali pieniędzy na leczenie teścia po zawale. „Oddamy wam wszystko, jak tylko będziemy mogli” — obiecywali. Przez pierwsze miesiące dzwonili co tydzień, potem coraz rzadziej. Teraz mijaliśmy się na rodzinnych obiadach, udając, że nic się nie stało.
— Może powinniśmy porozmawiać wszyscy razem? — zaproponowałam niepewnie.
Paweł odwrócił się gwałtownie. — Nie będę ich upokarzał! To moi rodzice!
Zamilkłam. Wiedziałam, że dla niego to nie tylko pieniądze. To duma i poczucie winy. Ale dla mnie to też coś więcej: poczucie sprawiedliwości i strach przed tym, co powie mama.
Następnego dnia zadzwoniła mama.
— I co? Rozmawialiście? — jej głos był ostry jak brzytwa.
— Nie… Jeszcze nie — odpowiedziałam cicho.
— Zawsze tak mówisz! — westchnęła ciężko. — Oni cię wykorzystują, Aniu. Zawsze byli sprytni. A ty pozwalasz im na wszystko.
— Mamo, proszę…
— Nie proś mnie! To twoje życie, twoje pieniądze! Ale pamiętaj: jeśli teraz odpuścisz, zawsze będą cię lekceważyć.
Rozłączyłam się ze ściśniętym gardłem. W pracy nie mogłam się skupić. Koleżanka zapytała, czy wszystko w porządku. Skłamałam, że tak.
Wieczorem Paweł wrócił późno. Pachniał papierosami i zimnym powietrzem.
— Przepraszam — powiedział cicho. — Wiem, że to dla ciebie trudne.
Usiadłam obok niego na kanapie.
— Może powinniśmy po prostu zapomnieć? — zaproponował nagle. — Zacząć od nowa?
Poczułam łzy pod powiekami.
— A jeśli kiedyś będziemy potrzebować tych pieniędzy? Jeśli będziemy mieli dziecko?
Paweł spojrzał na mnie smutno.
— Może nigdy ich nie odzyskamy…
Przez kolejne tygodnie unikaliśmy tematu. Rodzinne obiady u teściów były coraz bardziej niezręczne. Teściowa nakładała mi dokładki zupy z przesadną troską, teść opowiadał dowcipy o politykach. Wszyscy udawaliśmy, że jesteśmy szczęśliwi.
W końcu mama postawiła sprawę jasno:
— Albo porozmawiasz z nimi, albo ja to zrobię!
Przeraziłam się. Wiedziałam, że jeśli ona zacznie rozmowę, nic dobrego z tego nie wyniknie.
Wieczorem usiedliśmy z Pawłem przy stole.
— Musimy to załatwić — powiedziałam stanowczo. — Inaczej nigdy nie będziemy mieć spokoju.
Paweł długo milczał.
— Dobrze — zgodził się w końcu. — Porozmawiamy z nimi razem.
Spotkanie umówiliśmy na niedzielę po obiedzie. Cały dzień bolał mnie żołądek ze stresu. Teściowie byli uprzejmi jak zawsze, ale widziałam w ich oczach niepokój.
— Chcielibyśmy porozmawiać o tych pieniądzach… — zaczęłam drżącym głosem.
Teściowa pobladła. Teść spuścił wzrok.
— Wiem, że minęło już dużo czasu… — kontynuowałam. — Ale dla nas to ważne.
Teściowa zaczęła płakać.
— Przepraszamy was… My naprawdę chcieliśmy oddać… Ale życie…
Teść pokiwał głową.
— Nie mamy już nic… Wszystko poszło na leki i rachunki…
Paweł ścisnął moją dłoń pod stołem.
— Rozumiemy to… Ale musimy wiedzieć, na czym stoimy — powiedział spokojnie.
Teściowie obiecali oddawać po sto złotych miesięcznie. Wiedziałam, że to potrwa lata i nigdy nie odzyskamy wszystkiego. Ale przynajmniej coś się zmieniło: przestaliśmy udawać.
Mama była niezadowolona:
— Sto złotych? To kpina! Powinni sprzedać samochód!
Ale ja poczułam ulgę. Przestałam się bać rodzinnych spotkań i spojrzeń teściów. Zaczęliśmy rozmawiać szczerze — czasem bolało bardziej niż milczenie, ale przynajmniej już nie udawaliśmy.
Czasem myślę o tym wszystkim i zastanawiam się: czy warto było tyle czekać? Czy rodzina naprawdę jest ważniejsza niż pieniądze? A może czasem trzeba po prostu wybaczyć i iść dalej?
A wy? Co byście zrobili na moim miejscu?