Trzydzieści lat bycia synową: Prawda, którą odkryłam dopiero po śmierci teściowej
— Znowu nie tak, Aniu. Zawsze robisz to po swojemu, a przecież mówiłam ci, jak powinno być — głos teściowej przeszył ciszę kuchni jak nóż. Stałam przy zlewie, myjąc talerze po niedzielnym obiedzie, a w moich dłoniach drżała porcelana. Miałam wtedy trzydzieści dwa lata i byłam już od siedmiu lat żoną Pawła. Każda niedziela wyglądała tak samo: ja w kuchni, ona za moimi plecami, komentująca każdy mój ruch.
Przez trzydzieści lat byłam synową. Nigdy córką. Nawet przez chwilę nie poczułam się częścią tej rodziny, choć starałam się ze wszystkich sił. Moja własna matka zmarła, gdy miałam dwadzieścia lat. Wtedy Paweł był już przy mnie, a jego matka — pani Helena — wydawała się być ciepłą kobietą. Ale to było tylko złudzenie. Szybko zrozumiałam, że dla niej zawsze będę kimś z zewnątrz.
Pamiętam pierwszy raz, gdy usłyszałam od niej: „U nas w domu robi się to inaczej.” U nas. Nigdy „u nas wszystkich”, nigdy „w naszej rodzinie”. Zawsze była granica, której nie mogłam przekroczyć. Przez lata próbowałam ją zburzyć — piekłam jej ulubione ciasta, dbałam o ogród tak, jak lubiła, nawet nauczyłam się robić pierogi według jej przepisu. Ale zawsze znalazła coś, co mogłam zrobić lepiej.
Paweł był między młotem a kowadłem. Kochał mnie, ale nie potrafił sprzeciwić się matce. — Daj spokój, Aniu, ona już taka jest — powtarzał mi wieczorami, gdy płakałam w poduszkę. — Przecież cię lubi.
Ale ja czułam inaczej. Czułam jej chłód w każdym spojrzeniu, w każdym słowie wypowiedzianym przez zaciśnięte usta. Czułam się niewidzialna, jakby moja obecność była tylko koniecznością, a nie wyborem.
Czas płynął. Urodziły się nasze dzieci — Ola i Michał. Myślałam, że może wtedy coś się zmieni. Że może wnuki otworzą jej serce na mnie. Ale nawet wtedy byłam tylko „matką wnuków”, nigdy córką.
Najgorsze były święta. Wszyscy zbierali się przy stole, a ja czułam się jak gość we własnym domu. Helena rozdawała zadania: „Ania, przynieś barszcz”, „Ania, sprawdź czy karp już gotowy”. Nigdy nie zapytała mnie o zdanie przy planowaniu Wigilii czy Wielkanocy. Nawet kiedy zaproponowałam własne danie — makowiec według przepisu mojej mamy — spojrzała na mnie z pobłażaniem i powiedziała: „Może innym razem.”
Z czasem nauczyłam się milczeć. Moje marzenia o bliskości z teściową powoli gasły. Skupiłam się na dzieciach i pracy. Paweł coraz częściej wyjeżdżał służbowo, a ja zostawałam sama z Heleną i jej wymaganiami.
A potem przyszła choroba. Rak zaatakował ją nagle i bezlitośnie. Przez ostatnie miesiące życia mieszkała z nami na stałe. Opiekowałam się nią dzień i noc — podawałam leki, karmiłam, zmieniałam pościel. Czasem patrzyła na mnie długo i milczała. Myślałam wtedy: „Może teraz mnie doceni? Może powie mi coś ciepłego?”
Ale nie powiedziała nic.
Zmarła w chłodny marcowy poranek. Byliśmy przy niej wszyscy — Paweł trzymał ją za rękę, dzieci płakały cicho w kącie pokoju. Ja stałam obok łóżka i czułam pustkę.
Po pogrzebie zaczęliśmy porządkować jej rzeczy. W jednej z szuflad znalazłam stary zeszyt — pamiętnik Heleny. Przez chwilę wahałam się, czy powinnam go czytać. Ale ciekawość zwyciężyła.
Pierwsze strony były pełne wspomnień z dzieciństwa Pawła i jego siostry Magdy. Potem pojawiły się wpisy o mnie:
„Ania jest inna niż sobie wyobrażałam dla Pawła żonę. Cicha, zamknięta w sobie. Nie rozumiem jej wyborów.”
„Czasem myślę, że nigdy nie będzie częścią naszej rodziny. Brakuje jej tej iskry… Może to moja wina?”
Czytałam dalej:
„Widzę jak się stara… ale nie potrafię jej zaakceptować tak do końca.”
Łzy spływały mi po policzkach. Przez trzydzieści lat żyłam w cieniu tej kobiety, walcząc o jej akceptację — a ona sama nie wiedziała, jak mi ją dać.
Ostatni wpis był sprzed kilku tygodni przed śmiercią:
„Ania opiekuje się mną lepiej niż ktokolwiek inny mógłby to zrobić. Może powinnam jej podziękować? Ale nie umiem.”
Zamknęłam zeszyt i długo siedziałam w ciszy.
Wieczorem Paweł zapytał:
— Co się stało?
— Nic… Po prostu myślę o tym wszystkim — odpowiedziałam cicho.
Nie powiedziałam mu o pamiętniku.
Dziś minął rok od śmierci Heleny. Wciąż wracam myślami do tych słów zapisanych drżącą ręką na pożółkłych kartkach zeszytu. Czy mogłyśmy być sobie bliższe? Czy mogłam zrobić coś inaczej? A może to ona nie potrafiła pokochać mnie jak córki?
Czasem patrzę na Olę i Michała i zastanawiam się: czy ja potrafię być dla nich matką-inaczej? Czy umiem dać im akceptację bezwarunkową? Czy potrafię przerwać ten łańcuch milczenia?
Może każda rodzina ma swoje niewypowiedziane słowa i ciche żale? Może najtrudniej jest wybaczyć sobie samemu…
Czy naprawdę można być częścią rodziny, jeśli ktoś nigdy nie otworzył przed tobą drzwi swojego serca?