Cienie Przeszłości: Historia Barbary z Łodzi
„Znowu dzwonisz, mamo?” – głos mojej najstarszej córki, Magdy, był cichy, ale wyczułam w nim zniecierpliwienie. „Nie, kochanie. Chciałam tylko usłyszeć, jak się macie…” – odpowiedziałam, starając się ukryć drżenie w głosie. Przez okno mojego małego mieszkania na Retkini patrzyłam, jak śnieg powoli przykrywa puste ulice Łodzi. Były moje urodziny, ale poza chłodnym światłem lamp nic nie przypominało mi o świętowaniu.
Odkąd przeszłam na emeryturę ze szkoły podstawowej nr 137, dni stały się długie i ciche. Mój mąż, Wiktor, odszedł od nas ponad dwadzieścia lat temu. Zostałam sama z Magdą, Pawłem i Anią. Pamiętam, jak każdej nocy płakałam w poduszkę, by nie obudzić dzieci. Pracowałam na dwa etaty – w szkole i wieczorami sprzątałam klatki schodowe – żeby ich wykarmić i wykształcić. Nigdy nie pozwoliłam im poczuć, jak bardzo mi ciężko.
Teraz są dorośli. Magda jest prawniczką w Warszawie, Paweł pracuje jako inżynier w Poznaniu, a Ania studiuje medycynę w Gdańsku. Rzadko przyjeżdżają. Czasem wyślą SMS-a albo zadzwonią, ale każda rozmowa jest krótka i powierzchowna. „Jak się czujesz, mamo? Wzięłaś leki? Potrzebujesz czegoś z apteki?” – brzmi to jak lista obowiązków do odhaczenia.
Kilka miesięcy temu zaczęły mnie boleć plecy. Lekarz powiedział, że to normalne w moim wieku. Nie mówiłam dzieciom, jak bardzo boli – nie chciałam być ciężarem. Ale jakoś się dowiedzieli. Od tego czasu dzwonią codziennie. Czasem nawet dwa razy dziennie. „Mamo, wszystko w porządku? Jadłaś coś?” Ale w ich głosach nie ma ciepła. Jest tylko troska podszyta lękiem.
Pewnego wieczoru siedziałam przy stole i przeglądałam stare zdjęcia. Zadzwonił telefon. To był Paweł.
– Mamo, wiesz gdzie są wszystkie papiery od mieszkania? – zapytał bez żadnego wstępu.
– A czemu pytasz? – odpowiedziałam ostrożnie.
– A nic… Ania pytała, ona lubi mieć wszystko pod kontrolą.
Poczułam zimny pot na dłoniach. Po raz pierwszy przemknęło mi przez myśl – może bardziej interesuje ich to, co stanie się z moim mieszkaniem niż to, jak się czuję.
Nie miałam siły tego powiedzieć na głos. Po prostu milczałam i słuchałam, jak Paweł nerwowo zmienia temat na pracę i codzienne sprawy.
W kolejnych dniach niepokój nie znikał. Każdy telefon był taki sam – pytania o zdrowie, leki, stan konta i dokumenty. Nikt nie pytał, jak się czuję albo czego mi brakuje poza tabletkami i lekarzem.
W dzień moich urodzin postanowiłam upiec szarlotkę – taką jak kiedyś, gdy dzieci były małe. Pamiętam ich śmiech w kuchni i to, jak podkradali kawałki ciasta, aż byli cali w mące.
Tego dnia nikt nie przyszedł. Magda wysłała SMS-a: „Sto lat, mamo! Zadzwonię później.” Paweł zadzwonił na szybko między spotkaniami: „Mamo, wszystkiego najlepszego! Wszystko dobrze? Wzięłaś leki?” Ania nawet nie zadzwoniła.
Usiadłam przy stole z szarlotką przed sobą i pierwszy raz od dawna rozpłakałam się na głos. Poczułam się jak duch we własnym życiu – obecna tylko wtedy, gdy trzeba coś załatwić albo podpisać.
Wieczorem zadzwoniła sąsiadka – pani Halina.
– Basiu, czemu siedzisz sama? Chodź do mnie na herbatę – zaproponowała bezceremonialnie.
Poszłam bez zastanowienia. Halina przywitała mnie ciepłym uśmiechem i kubkiem gorącej herbaty.
– Wiesz – powiedziała cicho – moje dzieci są takie same. Dzwonią tylko wtedy, gdy czegoś potrzebują albo kiedy myślą, że już niedługo umrę i chcą wiedzieć, co będzie z mieszkaniem. To nie nasza wina, Basiu. To te czasy… Wszyscy są egoistami i pędzą gdzieś bez celu.
Tej nocy nie mogłam zasnąć. Myślałam o wszystkim, co przeszłam – o latach walki o to, by dzieciom niczego nie brakowało, o wyrzeczeniach dla ich lepszej przyszłości. A teraz, gdy najbardziej ich potrzebuję, czuję się obca w ich życiu.
Następnego ranka postanowiłam napisać list do dzieci. Opisałam im wszystko: smutek z powodu ich oddalenia, strach przed tym, że już dla nich nic nie znaczę poza przyszłym spadkiem, ból z powodu tego, że zapomnieli o mnie jako o człowieku.
Listu nie wysłałam. Leży do dziś w szufladzie mojego biurka. Może kiedyś go wyślę, a może znajdą go dopiero po mojej śmierci.
Czasem zastanawiam się: czy za bardzo ich rozpieściłam? Czy nauczyłam ich, że miłość to tylko dbanie o sprawy materialne? A może po prostu zapomnieli, co znaczy być rodziną?
Może nie jestem idealną matką, ale wiem jedno – nie zasłużyłam na tę ciszę.
Czy naprawdę dzisiejsze dzieci stały się tak chłodne? Czy to my rodzice gdzieś popełniliśmy błąd? Czy jest jeszcze szansa na to, by rodzina znów usiadła razem przy jednym stole?