„Wy żyjecie sobie spokojnie, a my tonę w długach” – Spowiedź polskiej emerytki, której życie zmienił jeden telefon od córki
– Mamo, nie wiem już, co robić… – głos Magdy drżał, jakby zaraz miała się rozpłakać. Stałam przy kuchennym oknie, patrząc na szare niebo nad blokami na warszawskim Ursynowie. W rękach ściskałam kubek z herbatą, a serce waliło mi jak młot.
– Magda, spokojnie. Powiedz mi wszystko od początku – odpowiedziałam, choć już czułam, że to nie będzie zwykła rozmowa.
– Tomek stracił pracę. Kredyt na mieszkanie nas dobija. Nie wiem, jak zapłacimy rachunki w tym miesiącu… – jej głos załamał się zupełnie.
Przez chwilę milczałam. W głowie miałam mętlik: przecież dopiero co z mężem, Zbyszkiem, zaczęliśmy cieszyć się spokojem po latach pracy. Emerytura miała być czasem na ogródek działkowy, wyjazdy nad morze i długie spacery po Lesie Kabackim. A teraz…
– Mamo, czy moglibyście… pożyczyć nam trochę pieniędzy? – padło w końcu pytanie, którego się obawiałam.
Zbyszek wszedł do kuchni i spojrzał na mnie pytająco. Znał ten ton mojego głosu – wiedział, że coś się dzieje. Zakryłam mikrofon dłonią.
– Magda ma kłopoty. Chcą pożyczyć pieniądze – szepnęłam.
Zbyszek westchnął ciężko i usiadł przy stole. Od lat odkładaliśmy każdy grosz na czarną godzinę. Nasza emerytura nie była wysoka, ale żyliśmy skromnie i nie narzekaliśmy. Teraz jednak miałam poczucie, że wszystko to może runąć.
– Powiedz jej, że się zastanowimy – mruknął Zbyszek, patrząc w okno.
Wróciłam do telefonu.
– Magda, muszę porozmawiać z tatą. Oddzwonię wieczorem.
Odłożyłam słuchawkę i poczułam, jak łzy napływają mi do oczu. Czy jestem złą matką, jeśli nie rzucę się od razu na ratunek?
Wieczorem siedzieliśmy przy stole w milczeniu. Zbyszek przełamywał ciszę:
– Wiesz, Haniu… Ja rozumiem Magdę. Ale ile razy już jej pomagaliśmy? Ile razy spłacaliśmy ich długi? A potem nawet „dziękuję” nie usłyszeliśmy…
Zacisnęłam dłonie na obrusie.
– Ale to nasza córka…
– Tak, ale kiedy w końcu pomyślimy o sobie? Ile jeszcze razy będziemy ratować ich kosztem własnego spokoju?
Nie spałam tej nocy. Przewracałam się z boku na bok, słysząc w głowie słowa Magdy: „Nie wiem już, co robić…”
Rano zadzwoniła jeszcze raz.
– Mamo, przepraszam, że tak cię obciążam… Ale naprawdę nie mamy już wyjścia. Tomek jest załamany. Dzieci pytają, czemu nie mogą iść na basen jak inne dzieciaki…
Poczułam ukłucie w sercu. Przed oczami stanęła mi mała Ola i jej młodszy brat Michaś – moi wnukowie. Czy mam prawo odmówić im pomocy?
Zadzwoniłam do mojej siostry, Grażyny.
– Hania, musisz postawić granicę – powiedziała stanowczo. – Magda zawsze liczy na to, że ją uratujesz. A ty? Kto uratuje ciebie?
Przez cały dzień chodziłam jak struta. W sklepie spotkałam sąsiadkę, panią Teresę.
– Pani Haniu, pani taka zamyślona dziś…
– Problemy rodzinne – wymamrotałam.
– Ach, dzieci… Ja też mam syna w Anglii. Myśli pani, że dzwoni? Tylko jak czegoś potrzebuje…
Wróciłam do domu jeszcze bardziej przygnębiona. Zbyszek siedział przed telewizorem i udawał, że ogląda wiadomości.
– Co robimy? – zapytałam cicho.
– Może damy im część tych oszczędności? Ale nie wszystko…
Wieczorem zadzwoniłam do Magdy.
– Magda, możemy wam pożyczyć dwa tysiące złotych. Ale to wszystko, co możemy zrobić…
Po drugiej stronie zapadła cisza.
– Dziękuję, mamo… – usłyszałam w końcu cichy głos.
Przez następne dni czułam się jak wydmuszka. Zbyszek był oschły i zamknięty w sobie. Ja chodziłam po domu bez celu. Czułam się winna wobec Magdy i jednocześnie wobec siebie samej.
Po tygodniu zadzwoniła moja druga córka, Kasia.
– Mamo! Słyszałam o wszystkim od Magdy. Dlaczego zawsze jej pomagasz? Ja też mam swoje problemy! Ale nigdy nie proszę was o pieniądze!
Zatkało mnie.
– Kasiu… To nie tak…
– Zawsze byłaś dla niej bardziej wyrozumiała! – krzyknęła i rozłączyła się.
Usiadłam na łóżku i rozpłakałam się jak dziecko. Czy naprawdę byłam niesprawiedliwa? Czy można kochać dzieci równo?
Zbyszek przyszedł wieczorem do sypialni.
– Haniu… Może powinniśmy pojechać na kilka dni do sanatorium? Odpocząć od tego wszystkiego?
Spojrzałam na niego przez łzy.
– A jeśli dzieci będą nas potrzebować?
Westchnął ciężko.
– Może czas pomyśleć o sobie? Ile jeszcze życia nam zostało?
Leżałam długo w ciemności i myślałam o tym wszystkim: o latach pracy w szkole, o wyrzeczeniach dla dzieci, o tym, jak zawsze stawiałam rodzinę na pierwszym miejscu. I nagle poczułam pustkę – czy to wszystko było warte tego bólu?
Dziś rano patrzę przez okno na szare bloki i zastanawiam się: czy jestem egoistką, jeśli chcę wreszcie żyć dla siebie? Czy matka ma prawo postawić granicę swoim dzieciom? A może to właśnie największa miłość – pozwolić im dorosnąć i samodzielnie rozwiązywać własne problemy?