Nasz dom, ale nie nasz: Historia o rodzinie, domu i zdradzie
– Nie wierzę, że to się dzieje naprawdę – powiedziałam do siebie, patrząc na klucze leżące na stole. Klucze do naszego domu. Tego samego, w który z Michałem włożyliśmy całe nasze oszczędności, każdą wolną chwilę i tyle marzeń, że czasem aż bolało. Teraz leżały tu, jakby były niczyje. A może właśnie – nie nasze.
W kuchni panowała cisza, którą przerywał tylko cichy szloch naszej córki, Zosi, dochodzący zza drzwi jej pokoju. Michał siedział przy stole, z głową opartą na dłoniach. Jego ramiona drżały, choć próbował to ukryć. W powietrzu wisiały słowa, których żadne z nas nie miało odwagi wypowiedzieć.
Jeszcze rano wszystko wydawało się normalne. Sobotnie śniadanie, zapach kawy, śmiech Zosi. Potem zadzwoniła teściowa – pani Halina. „Przyjdźcie na chwilę do mnie, musimy porozmawiać” – powiedziała tonem nieznoszącym sprzeciwu. Pojechaliśmy więc do niej, nie spodziewając się niczego złego.
W salonie czekał już Paweł – młodszy brat Michała. Zawsze był oczkiem w głowie matki. Niby dorosły facet, ale wciąż mieszkał z nią i nie potrafił utrzymać się sam. Kiedy weszliśmy, pani Halina spojrzała na nas surowo.
– Słuchajcie – zaczęła bez zbędnych wstępów – Paweł potrzebuje teraz waszego domu. Wy przecież możecie wynająć coś na jakiś czas. On nie ma dokąd pójść.
Zamarłam. Michał pobladł.
– Mamo, o czym ty mówisz? – zapytał cicho.
– Dom jest mój – odpowiedziała spokojnie. – Przepisałam go na siebie po śmierci ojca. Wy tylko mieszkacie tam z mojej łaski.
Poczułam, jak świat wiruje mi przed oczami. Przez lata remontowaliśmy ten dom własnymi rękami. Każda cegła, każdy kafelek w łazience był świadectwem naszej pracy i miłości. A teraz miało to wszystko przepaść?
– Ale my wszystko tu zrobiliśmy! – wykrzyknęłam, nie mogąc powstrzymać łez.
– Paweł jest moim synem tak samo jak Michał – odparła chłodno teściowa. – On też zasługuje na szansę.
Michał milczał. Widziałam w jego oczach bezsilność i wstyd. Paweł patrzył gdzieś w bok, udając, że go to nie dotyczy.
Wróciliśmy do domu w ciszy. Zosia płakała przez całą drogę. Ja próbowałam ją pocieszyć, ale sama byłam rozbita na milion kawałków.
Wieczorem Michał próbował rozmawiać z matką przez telefon. Bezskutecznie. „Decyzja zapadła” – usłyszał tylko.
Przez kolejne dni żyliśmy jak w zawieszeniu. Każdy dźwięk wydawał się podejrzany, każdy samochód podjeżdżający pod dom wywoływał panikę. Zosia przestała jeść i zamknęła się w sobie. Michał coraz częściej wychodził z domu bez słowa.
Pewnego popołudnia Paweł przyszedł z matką i notariuszem. Bez słowa wręczyli nam wypowiedzenie najmu i kazali się wyprowadzić w ciągu miesiąca.
– To nie jest sprawiedliwe! – krzyknęłam do teściowej.
– Życie nie jest sprawiedliwe – odpowiedziała zimno.
Zaczęliśmy pakować rzeczy. Każdy przedmiot przypominał mi o wspólnych chwilach: pierwszy rysunek Zosi na lodówce, ślady po dziecięcych zabawach na ścianach, stary fotel Michała, w którym zasypiał po pracy. Wszystko to musieliśmy zostawić.
Sąsiedzi patrzyli na nas ze współczuciem, ale nikt nie odważył się zapytać, co się stało. W małym miasteczku plotki rozchodzą się szybciej niż wiatr.
Ostatniej nocy przed wyprowadzką usiedliśmy razem na podłodze w pustym salonie.
– Przepraszam cię – powiedział Michał cicho. – To moja rodzina…
– Nasza rodzina – poprawiłam go gorzko. – Ale czy naprawdę?
Zosia zasnęła wtulona we mnie. Michał płakał po cichu. Ja patrzyłam na okno i zastanawiałam się, jak można tak po prostu odebrać komuś dom.
Teraz mieszkamy w małym mieszkaniu na obrzeżach miasta. Każdego dnia mijam nasz dawny dom i widzę Pawła na podwórku. Czasem mam ochotę podejść i zapytać: „Czy czujesz się szczęśliwy? Czy warto było?”
Często wracam myślami do tamtej rozmowy z teściową. Do tego uczucia bezsilności i zdrady.
Czy rodzina naprawdę znaczy tyle, ile sobie wyobrażamy? Czy można wybaczyć coś takiego? I ile niesprawiedliwości człowiek jest w stanie znieść dla tych, których kocha?