„Wstań i zrób mi kawę!” – Jak mój szwagier zniszczył nasz rodzinny weekend i dlaczego nie potrafię wybaczyć mężowi

– Wstań i zrób mi kawę! – usłyszałam głos Artura, zanim jeszcze zdążyłam otworzyć oczy. Była sobota, szósta rano, a ja przez chwilę miałam nadzieję, że to tylko zły sen. Ale nie – Artur, mój szwagier, naprawdę stał w drzwiach naszej sypialni, oparty o framugę jakby był u siebie.

Spojrzałam na Piotra, mojego męża. Udawał, że śpi, ale widziałam, jak zaciska powieki. Przez chwilę miałam ochotę krzyknąć, żeby wreszcie się obudził – nie tylko dosłownie, ale i życiowo. Zamiast tego podniosłam się z łóżka i poszłam do kuchni. Artur już siedział przy stole, rozparty jak król.

– Słuchaj, Magda, jak już wstałaś, to może zrobisz też jajecznicę? – rzucił bezczelnie.

Zacisnęłam zęby. To miał być spokojny weekend. Piotr zapewniał mnie, że Artur zatrzyma się u nas tylko na dwa dni, bo „ma trudny okres” po rozstaniu z kolejną dziewczyną. Dwa dni zamieniły się w dwa tygodnie. Każdego ranka to samo: rozkazy, pretensje, bałagan w salonie i puste butelki po piwie.

Pamiętam pierwszy wieczór. Siedzieliśmy przy stole – ja, Piotr i Artur. Artur opowiadał o swojej byłej, przeklinając na czym świat stoi. Piotr kiwał głową ze współczuciem, a ja próbowałam nie patrzeć na stertę brudnych naczyń.

– Magda, a może byś posprzątała? – rzucił Artur.

– Może byś sam spróbował? – odpowiedziałam ostro.

Piotr spojrzał na mnie z wyrzutem. – Daj spokój, Magda. Artur ma teraz ciężko.

Poczułam się jak intruz we własnym domu. Z każdym dniem było gorzej. Artur nie szukał pracy, nie wychodził nawet na spacer z naszym psem. Zamiast tego godzinami grał na konsoli Piotra albo oglądał telewizję. Wieczorami przynosił kolegów – głośnych, wulgarnych typów, którzy zostawiali po sobie ślady błota i niedopałki papierosów.

Któregoś dnia wróciłam z pracy wcześniej. W salonie siedzieli Artur i jego znajomy Marek. Na stole stała butelka wódki i niedojedzone kanapki.

– O, Magda! Zrobisz nam coś do jedzenia? – zapytał Marek z uśmiechem.

– Nie jestem waszą służącą – odpowiedziałam zimno.

Artur spojrzał na mnie z pogardą. – Ale humor masz dzisiaj…

W łazience zamknęłam się na klucz i rozpłakałam się po raz pierwszy od lat. Czułam się upokorzona i bezsilna. Gdzie był Piotr? Dlaczego nie potrafił postawić granic własnemu bratu?

Wieczorem próbowałam z nim rozmawiać.

– Piotrze, ile to jeszcze potrwa? Przecież nie możemy tak żyć! – powiedziałam drżącym głosem.

Piotr westchnął ciężko.

– Magda, to mój brat. Nie mogę go wyrzucić na ulicę.

– Ale on nas niszczy! Nie widzisz tego?

Piotr spuścił wzrok. – On zawsze miał trudniej ode mnie… Rodzice go faworyzowali, potem wszystko mu się waliło… Muszę mu pomóc.

Poczułam narastającą złość. Czy naprawdę muszę poświęcić własny spokój dla kogoś, kto nawet nie próbuje się zmienić?

Kolejne dni były coraz gorsze. Artur zaczął komentować mój wygląd.

– Magda, ty to chyba nie masz czasu na fryzjera? – śmiał się któregoś ranka.

Piotr milczał. Czułam się coraz bardziej samotna.

W pracy zaczęli zauważać moją zmianę nastroju. Koleżanka Marta zapytała:

– Wszystko w porządku?

Uśmiechnęłam się blado. – Tak, po prostu trochę stresu w domu.

Wieczorami coraz częściej wychodziłam na długie spacery z psem, byle tylko nie wracać do tego chaosu. Pewnego dnia spotkałam sąsiadkę panią Halinę.

– Magda, co tam u was? Dawno cię nie widziałam taka smutną…

Nie wytrzymałam i opowiedziałam jej wszystko. Pani Halina pokiwała głową ze zrozumieniem.

– Kochana, czasem trzeba postawić granicę. Nawet rodzinie.

Te słowa długo dźwięczały mi w głowie.

W końcu zebrałam się na odwagę i postawiłam Piotrowi ultimatum.

– Albo Artur wyprowadza się do końca tygodnia, albo ja wyjeżdżam do mamy.

Piotr był w szoku.

– Magda… Przesadzasz!

– Nie! To ty przesadzasz! Pozwalasz mu traktować mnie jak powietrze! To jest mój dom!

Następnego dnia Piotr porozmawiał z bratem. Artur spakował się bez słowa i wyszedł trzaskając drzwiami.

Przez kilka dni w domu panowała cisza. Myślałam, że poczuję ulgę, ale zamiast tego czułam pustkę i żal do Piotra.

Wieczorem usiedliśmy razem przy stole.

– Przepraszam cię – powiedział cicho Piotr. – Nie wiedziałem, że aż tak cię to boli.

Spojrzałam na niego przez łzy.

– A ja nie wiem, czy potrafię ci wybaczyć… Pozwoliłeś mu mnie upokarzać we własnym domu.

Piotr milczał długo.

Od tamtej pory minęło kilka miesięcy. Nasze małżeństwo już nigdy nie było takie samo. Zaufanie pękło jak cienka tafla lodu pod ciężarem czyjejś obojętności.

Czasem zastanawiam się: czy naprawdę warto poświęcać siebie dla rodziny? Gdzie leży granica między lojalnością a utratą własnej godności? Może wy też kiedyś musieliście wybierać między sobą a bliskimi?