Klient Zostawiał Mi 100 Złotych Co Niedzielę – Gdy Dowiedziałem Się Dlaczego, Zamarłem

– Panie Bartku, znowu sto złotych? – zapytałem niepewnie, patrząc na banknot leżący na blacie. Starszy mężczyzna, pan Marian, tylko się uśmiechnął pod wąsem i skinął głową. – Należy się, chłopcze. Za uśmiech, za kawę, za to, że tu jesteś.

To była już czwarta niedziela z rzędu, kiedy zostawił mi taki napiwek. Pracowałem w barze mlecznym „U Zosi” od dwóch lat i nigdy nie spotkałem nikogo takiego jak on. Wszyscy go znali – zawsze ten sam stolik przy oknie, zawsze kawa z mlekiem i sernik. Ale nikt nie wiedział o nim nic więcej. Nawet Zosia, właścicielka baru, tylko wzruszała ramionami: „Dobry człowiek. Samotny. Nie pyta się.”

W tamtą niedzielę byłem wyjątkowo zmęczony. Mama znów dzwoniła w nocy, płakała przez telefon, bo ojciec wrócił pijany i zrobił awanturę. Miałem ochotę rzucić wszystko i wyjechać z tego miasta, ale coś mnie trzymało – może właśnie te spokojne poranki w barze, gdzie światło wpadało przez żaluzje i przez chwilę wszystko wydawało się możliwe.

Pan Marian siedział naprzeciwko mnie i patrzył z uwagą. – Coś cię gryzie, Bartku? – zapytał nagle. Zaskoczyło mnie to. Nie byłem przyzwyczajony do tego, żeby ktoś się mną interesował.

– Nic takiego… Rodzina – wymamrotałem.

– Rodzina to skarb i przekleństwo – powiedział cicho. – Ale czasem trzeba spojrzeć prawdzie w oczy.

Nie wiedziałem wtedy jeszcze, jak bardzo te słowa będą miały dla mnie znaczenie.

Po zamknięciu baru znalazłem pod swoim kubkiem kolejny banknot. Tym razem był tam też mały liścik: „Spotkajmy się dziś wieczorem na ławce przy parku. Muszę ci coś powiedzieć.”

Serce zaczęło mi bić szybciej. Przez chwilę myślałem, że to jakiś żart albo próba wyciągnięcia ode mnie pieniędzy. Ale ciekawość wygrała.

O dziewiętnastej usiadłem na ławce pod starym dębem. Pan Marian już czekał. Wyglądał na starszego niż zwykle, jakby nagle opadł z sił.

– Bartku… – zaczął powoli. – Muszę ci coś wyznać. To nie przypadek, że tu przychodzę. I nie przypadek, że zostawiam ci te pieniądze.

Patrzyłem na niego zdezorientowany.

– Twój ojciec… Znam go od dawna. Byliśmy kiedyś przyjaciółmi. Ale zrobiłem coś strasznego. Coś, czego nie mogę sobie wybaczyć.

Zamilkł na chwilę, jakby zbierał siły.

– Dwadzieścia pięć lat temu… byłem z twoją matką. Zanim poznała twojego ojca. Myślałem, że to nic nie znaczyło… ale potem dowiedziałem się, że zaszła w ciążę.

Zrobiło mi się zimno. Nie mogłem oddychać.

– Chcesz powiedzieć… że jesteś moim ojcem? – wyszeptałem.

Pan Marian skinął głową i spuścił wzrok.

– Próbowałem się zbliżyć do was przez lata, ale twój ojciec mnie nienawidził. A ja byłem tchórzem. Nie miałem odwagi walczyć o ciebie ani o twoją matkę.

Siedzieliśmy w ciszy przez długą chwilę. W głowie miałem mętlik – gniew, żal, niedowierzanie.

– Dlaczego teraz? – zapytałem w końcu.

– Bo jestem chory. Lekarz mówi, że zostało mi niewiele czasu. Chciałem choć raz spojrzeć ci w oczy i powiedzieć prawdę.

Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Wstałem i odszedłem bez słowa.

Przez kolejne dni chodziłem jak we śnie. W pracy byłem nieobecny, a mama dopytywała przez telefon, czy wszystko w porządku. Nie miałem odwagi jej powiedzieć.

W następną niedzielę pan Marian nie przyszedł do baru. Ani w kolejną. Dopiero po trzech tygodniach dostałem list polecony – od niego. Pisał o swoim życiu, o żalu i o tym, jak bardzo chciałby cofnąć czas. Do listu dołączony był akt własności małego mieszkania na Pradze i klucz.

Poszedłem tam wieczorem. Mieszkanie było skromne, ale zadbane. Na stole leżało zdjęcie mojej mamy z młodości i kilka moich dziecięcych rysunków – musiał je jakoś zdobyć przez lata.

Usiadłem na kanapie i rozpłakałem się jak dziecko.

Dziś minął rok od śmierci pana Mariana. Nadal pracuję „U Zosi”, choć już inaczej patrzę na ludzi wokół siebie. Często zastanawiam się, ile jeszcze tajemnic kryje się za zwykłym „dzień dobry”.

Czy można wybaczyć komuś taką zdradę? Czy można pokochać kogoś tylko dlatego, że jest twoim ojcem? A może rodzina to coś więcej niż więzy krwi?

Czasem patrzę na klucz do mieszkania pana Mariana i myślę: czy gdyby nie te sto złotych co niedzielę, kiedykolwiek poznałbym prawdę o sobie?