„Byłam pewna, że będziemy razem do końca” – historia o tym, jak miłość zamienia się w obowiązek i co wtedy zrobić
– Wiesz, Anka… ja już nie mogę tak dalej – powiedział Marek, stojąc oparty o framugę drzwi. Jego głos był cichy, ale każde słowo wbijało się we mnie jak szpilka. Stałam w kuchni z kubkiem herbaty w dłoniach, a para z napoju ulatywała w górę, jakby chciała uciec z tego dusznego pomieszczenia razem ze mną.
Nie rozumiałam. Przecież wszystko robiłam dobrze. Pracowałam na pół etatu, żeby mieć czas na dzieci, dom, gotowanie, pranie, rachunki. Marek miał czyste koszule, ciepłe obiady i zawsze świeże skarpetki. Dzieci – Zosia i Michał – odrobione lekcje, kanapki do szkoły, zajęcia dodatkowe. A jednak…
– Dość czego? – zapytałam, próbując nie drżeć głosem.
– Tego wszystkiego. Mam wrażenie, że mieszkam z opiekunką, a nie z żoną. Nie pamiętam, kiedy ostatnio rozmawialiśmy o czymś innym niż lista zakupów albo plan lekcji dzieci.
Patrzyłam na niego i nie poznawałam tej twarzy. Jego oczy były zmęczone, ale nie było w nich gniewu. Raczej rezygnacja. Jakby już dawno podjął decyzję i teraz tylko ją ogłaszał.
Przypomniałam sobie nasze początki. Jak śmialiśmy się do łez na ławce w parku przy Placu Wilsona. Jak całował mnie pod blokiem mojej mamy, zanim jeszcze odważyliśmy się zamieszkać razem. Jak obiecywaliśmy sobie, że nigdy nie będziemy jak nasi rodzice – wiecznie zmęczeni, wiecznie zajęci.
A jednak…
– To co chcesz zrobić? – zapytałam cicho.
– Nie wiem. Może potrzebujemy przerwy? Może powinniśmy się zastanowić, czy jeszcze coś nas łączy poza dziećmi i rachunkami.
Wyszedł z kuchni i zostawił mnie samą z tymi słowami. Słyszałam jeszcze, jak zamyka drzwi do sypialni. Zostałam z kubkiem herbaty, która już dawno wystygła.
Przez kolejne dni chodziliśmy obok siebie jak cienie. Dzieci coś wyczuwały – Zosia była bardziej marudna niż zwykle, Michał zamknął się w swoim pokoju i grał na komputerze do późna. Marek wracał coraz później z pracy. Ja próbowałam udawać normalność: obiady na czas, pranie wyprasowane, uśmiech przyklejony do twarzy.
Ale w środku byłam pusta.
Wieczorem zadzwoniła mama.
– Aniu, wszystko w porządku? Słyszę po głosie, że coś jest nie tak.
Chciałam powiedzieć: „Tak, wszystko dobrze”, ale głos mi się załamał.
– Marek… chyba chce odejść – wyszeptałam.
Mama westchnęła ciężko.
– Kochanie… czasem tak bywa. Ale pamiętaj – nie możesz być szczęśliwa tylko wtedy, gdy wszyscy wokół są szczęśliwi. Ty też masz prawo do swojego życia.
Zamknęłam oczy i poczułam łzy na policzkach. Kiedy ostatni raz myślałam o sobie?
Następnego dnia Marek wrócił wcześniej niż zwykle. Usiadł naprzeciwko mnie przy stole.
– Anka, musimy pogadać. Nie chcę cię ranić… Ale ja naprawdę czuję się tu jak gość. Wszystko jest poukładane, przewidywalne… a ja się duszę.
– Myślisz, że mi jest łatwo? – wybuchłam nagle. – Myślisz, że marzyłam o tym, żeby być twoją gosposią? Że nie chciałabym czasem wyjść gdzieś bez dzieci? Że nie tęsknię za tym chłopakiem, który kiedyś pisał mi listy?
Zamilkliśmy oboje. Po raz pierwszy od dawna powiedziałam to głośno.
– To co teraz? – zapytał cicho.
Nie wiedziałam. Bałam się odpowiedzi.
Przez kolejne tygodnie żyliśmy jak na bombie zegarowej. Próbowaliśmy rozmawiać – raz spokojnie, raz przez łzy i krzyki. Dzieci coraz częściej pytały: „Mamo, czy tata nas zostawi?”.
Pewnego dnia Zosia przyszła do mnie wieczorem.
– Mamusiu… czy ty płaczesz przez tatę?
Objęłam ją mocno i poczułam, jak pęka mi serce.
– Nie kochanie… płaczę trochę przez siebie.
Zrozumiałam wtedy coś ważnego: przez lata stawiałam wszystkich ponad sobą. Bycie „dobrą żoną” i „dobrą matką” stało się moim jedynym celem. Zapomniałam o sobie – o Ani sprzed lat, która miała marzenia inne niż nowa pralka czy promocja na schab w Biedronce.
Zaczęłam wychodzić na spacery sama. Zapisałam się na jogę w domu kultury na Bielanach. Kupiłam sobie nową sukienkę – nie po to, żeby podobać się Markowi, ale żeby przypomnieć sobie, że jestem kobietą.
Marek patrzył na mnie inaczej. Czasem próbował zagaić rozmowę o czymś innym niż rachunki czy dzieci. Ale było już inaczej – jakbyśmy oboje bali się zrobić krok za daleko.
Pewnego wieczoru usiedliśmy razem na kanapie.
– Anka… może powinniśmy spróbować terapii? Dla nas…
Pokiwałam głową. Bałam się tego kroku, ale wiedziałam, że musimy spróbować – dla siebie i dla dzieci.
Terapia była trudna. Bolało słuchać o tym wszystkim: o rozczarowaniach, o zmęczeniu sobą nawzajem, o tym jak bardzo się pogubiliśmy w codzienności. Ale pierwszy raz od lat rozmawialiśmy naprawdę szczerze.
Nie wiem jeszcze, jak to się skończy. Może zostaniemy razem, może nie. Ale wiem jedno: już nigdy nie pozwolę sobie zapomnieć o sobie samej.
Czasem patrzę w lustro i pytam: „Czy można być dobrą żoną i matką bez rezygnowania z siebie?”
A wy… co myślicie? Czy da się ocalić miłość w świecie pełnym obowiązków?