Serce matki kontra przeznaczenie: historia Magdaleny, bliźniaczek i walki o życie

— Mamo, dlaczego płaczesz? — zapytała cicho Zosia, patrząc na mnie wielkimi, brązowymi oczami. Stałam przy kuchennym stole, ściskając w dłoni kubek z zimną już herbatą. W powietrzu unosił się zapach świeżo upieczonego chleba, a za oknem szarzał listopadowy poranek. Moje serce biło jak oszalałe, a w głowie kłębiły się myśli, których nie potrafiłam wypowiedzieć na głos.

Nie wiedziałam, jak powiedzieć moim siedmioletnim bliźniaczkom, że być może nie będę mogła patrzeć, jak dorastają. Że być może będę musiała wybrać — siebie albo je. Lekarz powiedział mi wczoraj: „Pani Magdaleno, rak jest agresywny. Musimy zacząć leczenie natychmiast. Ale chemioterapia może zagrozić ciąży.”

Ciąży… To słowo rozbrzmiewało w mojej głowie jak echo. Byłam w trzecim miesiącu. Nikt poza mną i mężem nie wiedział. A teraz miałam wybrać: ratować siebie czy dać szansę na życie naszym nienarodzonym dzieciom? Mąż, Piotr, siedział wieczorem na kanapie i milczał. Widziałam w jego oczach strach i bezradność.

— Musisz myśleć o sobie — powiedział cicho. — Dziewczynki cię potrzebują. Ja cię potrzebuję.

Ale ja czułam się rozdarta na pół. Jak mogłam zabić nadzieję na nowe życie? Jak mogłam zostawić Zosię i Hanię bez matki?

Wiedziałam, że muszę powiedzieć o wszystkim mamie. Pojechałam do niej następnego dnia, do małego mieszkania na warszawskiej Pradze. Mama zawsze była silna, twarda kobieta — wychowała mnie sama po śmierci ojca.

— Madziu, nie możesz ryzykować — powiedziała stanowczo, gdy opowiedziałam jej o diagnozie. — Masz już dzieci. Musisz żyć dla nich.

— Ale mamo…

— Nie ma „ale”. Życie to nie bajka. Czasem trzeba być egoistką.

Wróciłam do domu jeszcze bardziej zagubiona. Przez kolejne dni chodziłam jak cień. Dziewczynki zaczęły coś podejrzewać.

— Mamusiu, czy jesteś chora? — zapytała Hania pewnego wieczoru.

Przytuliłam je mocno.

— Trochę tak, kochanie. Ale wszystko będzie dobrze.

Kłamałam. Nic nie było dobrze. Każda noc była walką z własnymi myślami. Czy powinnam poświęcić siebie dla dzieci, które już są na świecie? Czy powinnam dać szansę tym, które dopiero mają się narodzić?

Piotr coraz częściej znikał z domu. Widziałam, że nie radzi sobie z sytuacją. Pewnego dnia wrócił późno i wybuchł:

— Nie rozumiem cię! Dlaczego w ogóle to rozważasz? Chcesz zostawić nas samych?

— Nie rozumiesz… To nie jest takie proste! — krzyknęłam przez łzy.

— Może powinnaś posłuchać lekarzy! — rzucił i trzasnął drzwiami.

Czułam się coraz bardziej samotna. Rodzina zaczęła szeptać za moimi plecami. Ciotka Basia zadzwoniła:

— Madziu, słyszałam… Nie możesz ryzykować! Dzieci cię potrzebują!

Każdy miał dla mnie radę, ale nikt nie rozumiał mojego bólu. Nikt nie wiedział, jak to jest czuć pod sercem nowe życie i jednocześnie bać się śmierci.

Pewnej nocy śniło mi się, że stoję na moście nad Wisłą. Po jednej stronie stały Zosia i Hania, po drugiej dwie maleńkie postacie w białych sukienkach. Wołały mnie wszystkie cztery. Nie mogłam się ruszyć.

Obudziłam się zlana potem i wiedziałam, że muszę podjąć decyzję.

Poszłam do lekarza następnego dnia.

— Chcę spróbować uratować dzieci — powiedziałam drżącym głosem.

Lekarz spojrzał na mnie poważnie:

— To bardzo ryzykowne. Może pani umrzeć.

— Ale może też się udać?

Skinął głową.

Rozpoczęła się walka z czasem. Chemioterapia w niższych dawkach, codzienne badania, modlitwy mamy i szeptane wieczorami prośby dziewczynek: „Nie odchodź, mamo”.

Były dni, kiedy nie miałam siły wstać z łóżka. Piotr coraz bardziej oddalał się ode mnie. Przestał ze mną rozmawiać o przyszłości. Czułam się jak cień człowieka.

W szpitalu poznałam inną kobietę — panią Elżbietę. Miała raka piersi i dwójkę dzieci w wieku moich bliźniaczek.

— Najważniejsze to nie tracić nadziei — powiedziała mi pewnego dnia. — Dzieci czują wszystko. Musisz walczyć dla nich.

Trzymałam się tych słów jak tonący brzytwy.

Ciąża rozwijała się wolniej niż powinna, ale dzieci żyły. Każde USG było dla mnie jak wyrok — radość mieszała się ze strachem.

W końcu nadszedł dzień porodu. Przedwcześnie, w siódmym miesiącu. Dziewczynki urodziły się maleńkie i słabe, ale żyły! Ja byłam wyczerpana, ale lekarze mówili o cudzie.

Piotr przyszedł do szpitala z Zosią i Hanią. Patrzyli na mnie przez szybę inkubatora.

— Mamo, jesteśmy tu — szepnęła Zosia.

Poczułam wtedy ogromną ulgę i wdzięczność za każdą chwilę życia.

Dziś minęły dwa lata od tamtych wydarzeń. Moje młodsze córki są zdrowe, ja nadal walczę z chorobą, ale jestem tu dla nich wszystkich. Piotr wrócił do nas — zrozumiał swój błąd i wspiera mnie każdego dnia.

Czasem patrzę na moje cztery córki i zastanawiam się: czy podjęłam dobrą decyzję? Czy można być dobrą matką dla wszystkich dzieci naraz? Czy miłość naprawdę potrafi pokonać przeznaczenie? Co wy byście zrobili na moim miejscu?