Między dwiema miłościami: Gdy córka nie akceptuje mojej nowej szansy na szczęście

– Mamo, jak możesz to robić tacie? – głos Julii drżał, a jej oczy błyszczały łzami. Stała w drzwiach kuchni, oparta o framugę, zaciśnięte pięści wbijała w uda. W tej chwili czułam się, jakby ktoś rozdzierał mnie na pół.

Nie wiem, czy kiedykolwiek można być gotowym na taki moment. Odkąd Piotr odszedł – nagle, bez pożegnania, zostawiając mnie samą z dziesięcioletnią córką i pustką, która rozlewała się po całym mieszkaniu – żyłam jakby na autopilocie. Praca w szkole, zakupy, obiady, odrabianie lekcji z Julią, wieczory przed telewizorem. Wszystko w rytmie rutyny, która miała zagłuszyć ból. Ale ból nie znikał. Był jak cichy współlokator, który przypominał o sobie w najmniej spodziewanych momentach: kiedy widziałam pary na ulicy, kiedy Julia pytała o tatę, kiedy zasypiałam sama w łóżku.

Minęły cztery lata. Julia dorastała, ja powoli uczyłam się oddychać bez Piotra. Czasem łapałam się na tym, że śmieję się z koleżankami w pracy albo pozwalam sobie na chwilę zapomnienia przy książce. Ale zawsze wracała ta myśl: czy mam prawo być szczęśliwa?

Wszystko zmieniło się pewnego listopadowego popołudnia. Poznałam Andrzeja przypadkiem – pomógł mi z samochodem pod supermarketem. Był inny niż Piotr: spokojny, ciepły, z tym uśmiechem, który rozjaśniał nawet najbardziej pochmurny dzień. Zaczęliśmy się spotykać – najpierw niewinnie, potem coraz częściej. Po raz pierwszy od lat poczułam motyle w brzuchu.

Bałam się powiedzieć Julii. Wiedziałam, że dla niej tata był kimś niezastąpionym. Ale nie chciałam już dłużej żyć w kłamstwie. Pewnego wieczoru usiadłam obok niej na kanapie.

– Julka… Muszę ci coś powiedzieć – zaczęłam niepewnie.

Spojrzała na mnie spod grzywki.

– Co się stało?

– Poznałam kogoś. To znaczy… spotykam się z kimś. Nazywa się Andrzej.

Przez chwilę patrzyła na mnie bez słowa. Potem jej twarz stwardniała.

– Czyli już nie kochasz taty? – wystrzeliła.

– Kocham go i zawsze będę kochać – odpowiedziałam cicho. – Ale życie toczy się dalej…

– Nie chcę go tu widzieć! – krzyknęła i wybiegła do swojego pokoju.

Tamtej nocy nie spałam. Słyszałam jej cichy płacz za ścianą i miałam ochotę wejść do niej, przytulić ją i powiedzieć, że wszystko będzie dobrze. Ale wiedziałam, że muszę dać jej czas.

Z Andrzejem było coraz poważniej. Był cierpliwy, rozumiał moją sytuację. Nigdy nie naciskał, nie próbował zastąpić Piotra. Ale Julia zamknęła się w sobie. Przestała ze mną rozmawiać o czymkolwiek poza szkołą i obowiązkami domowymi. Każda próba rozmowy kończyła się kłótnią lub milczeniem.

Pewnego dnia wróciłam z pracy wcześniej i usłyszałam, jak Julia rozmawia przez telefon z babcią:

– Mama już o nas zapomniała… Ma nowego chłopaka i tylko on się dla niej liczy…

Zamarłam w przedpokoju. Poczułam się jak najgorsza matka świata. Czy naprawdę tak to wyglądało z jej perspektywy? Czy byłam aż tak ślepa na jej ból?

Wieczorem usiadłam przy jej łóżku.

– Julka… Wiem, że ci ciężko – zaczęłam drżącym głosem. – Ale ja też jestem człowiekiem. Też potrzebuję kogoś bliskiego…

Odwróciła się do ściany.

– Nie chcę go tu widzieć – powtórzyła szeptem.

– On nie chce zastąpić twojego taty. Chce tylko być częścią naszego życia…

– Nie ma na to miejsca!

Wyszłam z jej pokoju ze ściśniętym gardłem. Przez kolejne tygodnie żyłyśmy obok siebie jak współlokatorki, a nie jak matka i córka. Andrzej czuł się coraz bardziej niepewnie – widziałam to w jego oczach za każdym razem, gdy mówiłam mu o kolejnej kłótni z Julią.

W końcu postawiła mnie przed wyborem:

– Albo on, albo ja – powiedziała pewnego wieczoru, patrząc mi prosto w oczy.

Zamarłam. Jak można wybrać między własnym dzieckiem a szansą na szczęście? Przez całą noc przewracałam się z boku na bok, analizując każdą rozmowę, każdy gest Julii i Andrzeja. Czy naprawdę byłam egoistką? Czy miałam prawo układać sobie życie na nowo?

Następnego dnia poprosiłam Andrzeja o spotkanie.

– Może powinniśmy trochę zwolnić… – powiedziałam cicho.

Patrzył na mnie długo, smutno.

– Rozumiem – odpowiedział tylko i przytulił mnie mocno.

Julia była wyraźnie spokojniejsza przez następne dni, ale ja czułam się pusta jak nigdy wcześniej. Zaczęłam unikać spotkań ze znajomymi, zamknęłam się w sobie. Wieczorami płakałam do poduszki, pytając siebie: czy naprawdę to jest cena macierzyństwa? Czy muszę rezygnować ze wszystkiego dla dobra dziecka?

Minęły miesiące. Julia powoli wracała do dawnej siebie – znów żartowała przy kolacji, opowiadała mi o szkole. Ale między nami pozostała niewidzialna ściana. Pewnego dnia zobaczyłam ją przeglądającą stare zdjęcia z Piotrem i nagle zrozumiałam: ona też przeżywa żałobę po swojemu. Może potrzebuje więcej czasu…

Dziś patrzę na nią i myślę: czy kiedyś mi wybaczy? Czy znajdzie w sobie miejsce na moją nową miłość? A może szczęście matki zawsze musi być okupione cierpieniem dziecka? Czasem zastanawiam się: czy naprawdę można być szczęśliwym bez zgody tych, których kochamy najbardziej?