Testament nad Bałtykiem: Kiedy rodzina rozdziera serce

– Nie wierzę, że to robisz, Aniu! – głos mojej ciotki Ewy rozbrzmiał w ciasnym salonie, odbijając się echem od ścian, które jeszcze kilka tygodni temu pachniały ciastem drożdżowym babci. Stałam przy oknie, patrząc na szare niebo nad Gdańskiem, a w środku czułam, jakby ktoś wyrywał mi serce.

Wszyscy byli tamtego wieczoru – mama, ciocia Ewa, wujek Marek z żoną, kuzynka Ola. Siedzieliśmy wokół stołu, na którym leżał testament babci Zofii. To miało być tylko formalnością. Przecież babcia zawsze powtarzała: „Rodzina to najważniejsze”. Ale kiedy notariusz przeczytał jej ostatnią wolę, powietrze zgęstniało. Babcia zostawiła mieszkanie nad morzem… mnie. Mnie, najmłodszej wnuczce, tej, która przez ostatnie lata opiekowała się nią dzień w dzień.

– To niesprawiedliwe! – krzyknęła Ola, zaciskając pięści. – Przecież wszyscy pomagaliśmy!

Spojrzałam na nią z niedowierzaniem. Gdzie byłaś, kiedy babcia płakała po nocach? Gdzie byliście wszyscy, kiedy trzeba było jechać do lekarza albo sprzątać po kolejnej nocy bez snu? Ale nie powiedziałam tego na głos. W gardle miałam wielką kulę.

Mama patrzyła na mnie z bólem i bezradnością. Wiedziałam, że jest rozdarta – między lojalnością wobec siostry a miłością do mnie. Wujek Marek milczał, ale jego żona już zaczęła liczyć pieniądze w głowie.

– Aniu, może powinnaś podzielić się mieszkaniem? – zaproponowała ciocia Ewa z udawaną łagodnością. – Przecież babcia chciała dobrze dla wszystkich.

Poczułam, jak łzy napływają mi do oczu. Przez chwilę miałam ochotę rzucić kluczami i wybiec z mieszkania. Ale przypomniałam sobie wszystkie te noce, kiedy trzymałam babcię za rękę i słuchałam jej opowieści o młodości nad Bałtykiem. O tym, jak marzyła, żeby ktoś z rodziny został tu na zawsze.

– Babcia wybrała mnie – powiedziałam cicho. – Nie dlatego, że mnie kochała bardziej. Po prostu byłam przy niej wtedy, kiedy tego potrzebowała.

W salonie zapadła cisza. Słychać było tylko tykanie starego zegara i szum samochodów za oknem. Mama spuściła wzrok. Ola zaczęła płakać.

– Myślisz tylko o sobie! – rzuciła przez łzy.

Chciałam jej powiedzieć, że przez całe życie myślałam o innych. Że rezygnowałam ze studiów za granicą, żeby zostać z babcią. Że nie miałam czasu na własne życie, bo zawsze ktoś czegoś ode mnie chciał. Ale nie potrafiłam wydusić z siebie słowa.

Wujek Marek w końcu się odezwał:

– Może sprzedamy mieszkanie i podzielimy pieniądze? Każdemu coś się należy.

Zacisnęłam dłonie na kolanach. Wiedziałam, że jeśli się zgodzę, stracę nie tylko dach nad głową, ale i ostatnią cząstkę babci. Ale jeśli odmówię – zostanę sama przeciwko wszystkim.

Przez następne tygodnie atmosfera w rodzinie była nie do zniesienia. Mama próbowała mediować, ale ciocia Ewa i wujek Marek coraz częściej dzwonili z pretensjami. Ola przestała się do mnie odzywać. Nawet sąsiedzi zaczęli patrzeć na mnie krzywo – plotki rozchodziły się szybciej niż wiatr od morza.

Pewnego wieczoru mama przyszła do mnie zapłakana.

– Aniu… Oni chcą iść do sądu – wyszeptała. – Mówią, że babcia była chora i nie wiedziała, co robi.

Poczułam się zdradzona przez wszystkich naraz. Przez rodzinę, która powinna być wsparciem; przez mamę, która nie potrafiła stanąć po mojej stronie; przez samą siebie, bo zaczynałam wątpić w swoje prawo do szczęścia.

Zaczęły się długie rozmowy z prawnikami, nieprzespane noce i ciągłe poczucie winy. Każde spotkanie rodzinne zamieniało się w pole bitwy. Nawet święta straciły swój dawny blask – zamiast kolęd były tylko ciche wyrzuty i spojrzenia pełne żalu.

Któregoś dnia znalazłam w szufladzie list od babci. Pisała: „Aniu, wiem, że będzie ci ciężko. Ale pamiętaj – czasem trzeba wybrać siebie. Nie pozwól innym decydować o twoim życiu.”

Czytałam te słowa w kółko, aż litery zaczęły się rozmazywać od łez. Po raz pierwszy od dawna poczułam ulgę – jakby babcia znów była przy mnie i trzymała mnie za rękę.

Zdecydowałam się walczyć o mieszkanie i o siebie. Wiedziałam, że stracę część rodziny – może na zawsze. Ale pierwszy raz w życiu poczułam się wolna od oczekiwań innych.

Dziś siedzę na balkonie tego mieszkania z widokiem na morze i zastanawiam się: czy naprawdę warto było poświęcić wszystko dla rodziny? Czy czasem nie lepiej wybrać siebie, nawet jeśli oznacza to samotność?

Może właśnie wtedy odkrywamy, kim naprawdę jesteśmy.