Kiedy teściowa dzwoni o piątej: Czy jestem dobrą matką, czy tylko złą synową?
– Marto, czy ty w ogóle gotujesz coś dla mojego syna? – głos pani Haliny, mojej teściowej, rozbrzmiał w słuchawce z taką siłą, że aż ścisnęło mnie w żołądku. Była piąta po południu, dzieci biegały po salonie, a ja właśnie próbowałam dokończyć raport do pracy. Zamiast powitania usłyszałam zarzut, który od razu wywołał we mnie falę wstydu i złości.
– Oczywiście, że gotuję – odpowiedziałam cicho, starając się nie podnieść głosu. – Dzisiaj była zupa pomidorowa i kotlety.
– Ale czy domowe? – dopytywała dalej, nie dając mi chwili wytchnienia. – Bo wiesz, mój syn zawsze lubił domowe jedzenie. U mnie nigdy nie jadł gotowców.
Zacisnęłam zęby. W tle słyszałam śmiech mojej córki Zosi i płacz młodszego synka Antosia. Mój mąż, Tomek, jeszcze nie wrócił z pracy. Byłam sama na polu bitwy, jak zwykle o tej porze.
Nie wiem, kiedy zaczęłam się bać tych telefonów. Może wtedy, gdy po raz pierwszy usłyszałam od Haliny: „Za moich czasów kobieta wiedziała, co to znaczy być żoną”. Albo gdy podczas świąt patrzyła na mnie z dezaprobatą, bo nie umiałam zrobić makowca tak dobrze jak ona. Zawsze czułam się przy niej gorsza – jakby bycie mną było niewystarczające.
Po rozmowie długo siedziałam na kanapie, patrząc na rozrzucone zabawki i niedokończoną pracę. W głowie kłębiły się myśli: Czy naprawdę jestem złą synową? Czy jestem dobrą matką? Czy można być jednym i drugim?
Wieczorem Tomek wrócił zmęczony. Ledwo zdążył się przebrać, już usłyszał ode mnie:
– Twoja mama znowu dzwoniła. Pytała, czy gotuję ci domowe obiady.
Spojrzał na mnie z lekkim uśmiechem:
– Wiesz jaka jest mama. Nie przejmuj się.
Ale ja się przejmowałam. Bo ile razy można słyszeć, że jest się niewystarczającą? Ile razy można udawać, że wszystko jest w porządku?
Następnego dnia rano zawiozłam dzieci do przedszkola i pojechałam do pracy. W biurze koleżanka zapytała:
– Wyglądasz na zmęczoną. Coś się stało?
Chciałam powiedzieć jej wszystko: o telefonach teściowej, o poczuciu winy, o tym, że czasem mam ochotę uciec gdzieś daleko i nie wracać przez tydzień. Ale tylko się uśmiechnęłam:
– Nic takiego. Po prostu nieprzespana noc.
W pracy byłam perfekcyjna – zawsze na czas, zawsze przygotowana. Ale w domu czułam się jak aktorka grająca rolę, której nigdy nie chciała przyjąć. Każdego dnia próbowałam być idealną matką dla Zosi i Antosia, dobrą żoną dla Tomka i wzorową synową dla Haliny. Ale gdzie w tym wszystkim byłam ja?
Pewnego popołudnia postanowiłam porozmawiać z Tomkiem szczerze.
– Czuję się zmęczona – zaczęłam niepewnie. – Twoja mama ciągle mnie ocenia. Mam wrażenie, że nigdy nie będę dla niej wystarczająco dobra.
Tomek westchnął ciężko:
– Wiem, że mama potrafi być trudna. Ale ona cię lubi… Po prostu ma swoje przyzwyczajenia.
– To nie chodzi tylko o nią – przerwałam mu. – Chodzi o to, że ja sama już nie wiem, kim jestem. Ciągle próbuję spełniać oczekiwania wszystkich wokół i zapominam o sobie.
Tomek objął mnie delikatnie:
– Chcę, żebyś była szczęśliwa. Może powinniśmy porozmawiać z mamą razem?
Przez chwilę myślałam, że to dobry pomysł. Ale potem przypomniałam sobie wszystkie nasze rozmowy przy stole: Halina poprawiająca obrus, krytykująca mój sposób krojenia chleba, komentująca moje wychowanie dzieci.
Kilka dni później Halina przyszła do nas na obiad. Przygotowałam jej ulubione pierogi ruskie według jej przepisu. Siedzieliśmy przy stole w napięciu.
– Smaczne – powiedziała po chwili ciszy. – Ale trochę za mało soli.
Zacisnęłam dłonie na kolanach. Zosia spojrzała na mnie pytająco:
– Mamo, dlaczego babcia zawsze mówi ci, co robisz źle?
Zamarłam. Halina spojrzała na wnuczkę zaskoczona.
– Ja tylko chcę pomóc…
– Ale czasem to boli – powiedziałam cicho. – Staram się jak mogę.
W pokoju zapadła cisza. Po raz pierwszy odważyłam się powiedzieć to głośno.
Po obiedzie Halina podeszła do mnie w kuchni.
– Marta… Ja wiem, że nie jest ci łatwo ze mną. Też kiedyś byłam młodą matką i synową. Moja teściowa była jeszcze gorsza ode mnie…
Spojrzałam na nią zaskoczona.
– Naprawdę?
– Tak – uśmiechnęła się smutno. – Czasem powtarzam jej błędy, nawet jeśli tego nie chcę.
Poczułam ulgę i smutek jednocześnie. Może nigdy nie będziemy idealną rodziną, ale może możemy spróbować być dla siebie trochę lepsi?
Wieczorem siedziałam przy łóżku Zosi i Antosia. Patrzyłam na ich spokojne twarze i myślałam: Czy muszę być idealna dla wszystkich? Czy mogę być po prostu sobą?
Może każda z nas nosi w sobie lęki i oczekiwania innych pokoleń? Może najważniejsze to znaleźć własny głos w tym rodzinnym hałasie?
Czasem zastanawiam się: czy kiedykolwiek będę wystarczająco dobra – jako matka, żona i synowa? A może wystarczy być po prostu sobą i nauczyć się mówić „dość”? Co o tym myślicie?