Porzucona przed ołtarzem: Moja walka o miłość, godność i własne szczęście
– Nie mogę tego zrobić, Aniu. Przepraszam… – Michał patrzył na mnie z oczami pełnymi łez, ale jego głos był stanowczy. Stałam w białej sukni przed drzwiami kościoła św. Wojciecha w Poznaniu, a świat wokół mnie nagle przestał istnieć. Goście szeptali, mama ściskała moją dłoń tak mocno, że aż bolało. Michał odwrócił się i odszedł, a ja poczułam, jakby ktoś wyrwał mi serce.
To miała być najpiękniejsza chwila mojego życia. Planowaliśmy ten dzień przez rok. Wszystko było dopięte na ostatni guzik: sala w dworku pod miastem, orkiestra, tort z malinami. Ale od kilku tygodni czułam, że coś jest nie tak. Michał był coraz bardziej nieobecny, a jego matka – pani Halina – coraz częściej rzucała kąśliwe uwagi: „Po co wam ten ślub? Przecież dziecko można wychować bez papierka”.
Kiedy wróciłam do mieszkania, w którym razem mieszkaliśmy od dwóch lat, zastałam tylko pustkę. Michał zabrał swoje rzeczy. Na stole leżał list: „Aniu, przepraszam. Nie jestem gotowy. Mama miała rację – to za wcześnie. Kocham cię, ale nie potrafię…”.
Zostałam sama z półroczną Zosią na rękach. Przez pierwsze dni nie wychodziłam z łóżka. Mama przyjeżdżała codziennie, gotowała rosół i próbowała mnie pocieszać: „Córeczko, dasz radę. Jesteś silna”. Ale ja czułam się jak wrak człowieka.
Najgorsze były noce. Zosia budziła się co dwie godziny, a ja płakałam razem z nią. W głowie wciąż słyszałam słowa pani Haliny: „Mój syn nie będzie się żenił z byle kim”. Przypominałam sobie każdą sytuację, w której dawała mi do zrozumienia, że nie jestem wystarczająco dobra: „A ty to w ogóle masz maturę? Bo u nas w rodzinie wszyscy po studiach…”.
Pewnego dnia zadzwonił pan Andrzej – ojciec Michała. „Aniu, wiem, że Michał zachował się podle. Chciałem ci powiedzieć, że możesz na mnie liczyć. Jeśli będziesz czegoś potrzebować dla Zosi…”.
Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Było mi głupio przyjmować pomoc od człowieka, który był częścią tej rodziny – rodziny, która mnie odrzuciła. Ale pan Andrzej był inny niż jego żona. Zawsze ciepły, serdeczny, pytał o moje plany i marzenia.
– Aniu, nie możesz się poddać – powiedział kiedyś podczas spaceru z Zosią w parku Sołackim. – Jesteś świetną mamą i wspaniałą kobietą. Michał popełnił błąd.
– Ale ja go kocham… – wyszeptałam.
– Czasem trzeba pozwolić komuś odejść – odpowiedział cicho.
Mijały tygodnie. Zaczęłam wracać do życia. Znalazłam pracę w księgarni na Jeżycach – zawsze kochałam książki. Mama pomagała mi z Zosią, a pan Andrzej czasem podrzucał pieluchy albo zabawki.
Któregoś dnia spotkałam Michała na ulicy. Był blady, zmizerniały.
– Aniu… możemy porozmawiać?
Zgodziłam się. Usiedliśmy w kawiarni przy Starym Rynku.
– Przepraszam cię za wszystko – zaczął drżącym głosem. – Mama… ona zawsze miała na mnie wpływ. Bałem się jej sprzeciwić.
– A ja? Ja się nie liczyłam?
– Liczyłaś… Ale nie potrafiłem być silny.
Patrzyłam na niego i czułam jednocześnie gniew i żal. Przez chwilę miałam ochotę rzucić mu w twarz filiżanką kawy.
– Michał, masz córkę. Ona cię potrzebuje. Ja już nie wiem, czy potrafię ci zaufać.
Wyszedł ze spuszczoną głową.
Wieczorem zadzwoniła pani Halina.
– Aniu, może przesadziłam… Ale ja chcę dla Michała najlepiej! Ty jesteś taka… inna.
– Inna? To znaczy jaka?
– No… nie z naszej bajki.
Rozłączyłam się bez słowa.
Przez kolejne miesiące uczyłam się żyć na nowo. Każdy dzień był walką: z samotnością, ze zmęczeniem, z poczuciem winy i żalu. Czasem miałam ochotę zadzwonić do Michała i błagać go, żeby wrócił. Ale potem patrzyłam na Zosię i wiedziałam, że muszę być silna dla niej.
Pewnego wieczoru pan Andrzej przyszedł z bukietem tulipanów.
– Aniu… wiem, że to trudne pytanie, ale czy ty jeszcze kochasz Michała?
Zastanowiłam się długo.
– Nie wiem już sama… Chyba bardziej boję się być sama niż go stracić.
Spojrzał na mnie ze smutkiem.
– Samotność to nie wyrok. Czasem lepiej być samemu niż z kimś, kto nas rani.
Zosia zaczęła raczkować. Każdy jej uśmiech był dla mnie nagrodą za wszystkie łzy i nieprzespane noce.
Dziś mija rok od tamtego dnia przed kościołem. Mam własne mieszkanie na wynajmie, pracuję na pół etatu i studiuję zaocznie pedagogikę. Michał odwiedza Zosię raz w tygodniu – powoli buduje z nią relację. Pani Halina już się nie odzywa.
Czasem zastanawiam się: czy dobrze zrobiłam? Czy powinnam była walczyć o naszą rodzinę bardziej? A może właśnie to była moja największa odwaga – wybrać siebie i swoje dziecko zamiast życia w cieniu cudzych oczekiwań?
Czy samotność to naprawdę porażka? A może dopiero wtedy można odnaleźć prawdziwą siłę? Co wy byście zrobili na moim miejscu?