Kiedy dom staje się polem bitwy: Moja walka o własne miejsce w rodzinie
— Znowu dzwoni — szepnęłam przez zaciśnięte zęby, patrząc na ekran telefonu Darka. „Mama” — wyświetlało się po raz trzeci tego ranka. Siedziałam na kanapie, z niemowlęciem przy piersi, a w mojej głowie kłębiły się myśli: ile jeszcze wytrzymam?
Darek spojrzał na mnie z wyrzutem, jakby to była moja wina. — Odbiorę tylko na chwilę — mruknął i wyszedł do kuchni. Słyszałam jego stłumiony głos, słodki i uległy, zupełnie inny niż ten, którym rozmawiał ze mną. „Tak, mamo. Przyjedziemy. Tak, wiem, że Ania powinna częściej wychodzić z domu. Tak, wiem, że nie powinna tyle spać w dzień.”
Zacisnęłam powieki. Spać w dzień? Przecież nie spałam od tygodni! Mały Michał budził się co dwie godziny, a ja czułam się jak cień samej siebie. Gdy Darek wrócił do pokoju, próbowałam zebrać się na odwagę.
— Darek, nie chcę dziś jechać do twojej mamy. Nie dam rady. — Mój głos był cichy, ale stanowczy.
Westchnął ciężko. — Ania, ona się martwi. Chce zobaczyć wnuka. Nie możesz być taka uparta.
Uparta? Czy to upór, że chciałam choć jeden dzień spokoju? Że chciałam być matką na własnych zasadach?
Teściowa była wszędzie. Wchodziła do naszego mieszkania bez pukania („Mam klucze, przecież to dla waszej wygody!”), komentowała każdy mój ruch („Nie tak się przewija dziecko”, „Za mało go ubierasz”, „Za dużo go nosisz”). Czułam się jak intruz we własnym domu.
Pewnego dnia, gdy Michał miał trzy miesiące, Maria przyszła niezapowiedziana. Stała w drzwiach z siatką zakupów i uśmiechem, który miał być serdeczny, ale dla mnie był jak ostrze.
— Aniu, posprzątałam ci trochę kuchnię. Widziałam, że masz bałagan — powiedziała z dumą.
Zacisnęłam pięści. — Prosiłam cię, żebyś nie przychodziła bez zapowiedzi.
— Ale ja tylko pomagam! — oburzyła się. — Darek mówił, że jesteś zmęczona.
Darek stał za nią i wzruszał ramionami. — Przesadzasz — rzucił pod nosem.
Wtedy po raz pierwszy poczułam prawdziwą wściekłość. Nie na Marię — ona była jaka była — ale na Darka. To on powinien był mnie bronić. To on powinien był postawić granice.
Wieczorem wybuchłam.
— Czy ty w ogóle widzisz, co się dzieje? — krzyknęłam przez łzy. — Ona mnie nie szanuje! A ty pozwalasz jej na wszystko!
Darek patrzył na mnie jak na wariatkę. — Przesadzasz. Ona chce dobrze. Ty jesteś przewrażliwiona przez te hormony.
Przewrażliwiona? HORMONY? Chciałam wyjść z domu i nigdy nie wracać.
Zaczęłam zamykać drzwi na klucz. Maria dzwoniła coraz częściej, a Darek coraz częściej znikał z domu „na chwilę do mamy”. Zostawałam sama z dzieckiem i poczuciem winy.
Pewnej nocy Michał dostał gorączki. Byłam przerażona. Dzwoniłam do Darka — nie odbierał. Dzwoniłam do Marii — odebrała od razu.
— Co się dzieje? — zapytała chłodno.
— Michał ma gorączkę… Nie wiem co robić…
— Trzeba było lepiej o niego dbać! — usłyszałam w odpowiedzi.
Zawiozłam Michała sama na SOR. Siedziałam na plastikowym krześle z płaczącym dzieckiem i łzami spływającymi po policzkach. Wtedy zrozumiałam: jestem sama.
Po tej nocy coś we mnie pękło. Przestałam odbierać telefony od Marii. Przestałam prosić Darka o pomoc. Zaczęłam szukać wsparcia gdzie indziej: w grupach dla mam na Facebooku, u sąsiadki Kasi, która przynosiła mi ciepłą zupę i słuchała bez oceniania.
Darek coraz częściej nocował u matki. W końcu pewnego dnia powiedział: — Może powinnaś wrócić do swoich rodziców na jakiś czas? Potrzebuję spokoju.
To był koniec mojego małżeństwa.
Wyprowadziłam się do rodziców z Michałem. Było ciężko, bolało jak cholera, ale po raz pierwszy od miesięcy mogłam oddychać pełną piersią.
Maria dzwoniła jeszcze kilka razy, próbując przekonać mnie do powrotu („Dziecko potrzebuje ojca!”), ale już jej nie słuchałam.
Dziś jestem sama z Michałem i choć czasem ogarnia mnie strach przed przyszłością, wiem jedno: jestem silniejsza niż kiedykolwiek.
Czy naprawdę musimy wybierać między sobą a rodziną partnera? Czy każda młoda matka musi przechodzić przez piekło niezrozumienia? Może czas zacząć mówić głośno o tym, co nas boli…