Moje dziecko prawie umarło przez popularną gryzaczkę – ostrzegam innych rodziców!

— Mamo, on się dusi! — krzyk mojej córki przeszył ciszę popołudnia jak nóż. W jednej sekundzie świat zwęził się do jednego punktu: mojego synka, który siedział na dywanie w salonie i nagle zaczął łapać powietrze, jego buzia zrobiła się czerwona, a oczy rozszerzyły się z przerażenia.

Wszystko wydarzyło się tak szybko. Jeszcze chwilę wcześniej bawił się swoim ulubionym gryzakiem — tym samym, który polecały wszystkie mamy na forach, który miał atesty i był reklamowany jako „najbezpieczniejszy na rynku”. Kupiłam go w aptece, bo chciałam mieć pewność, że daję mojemu dziecku to, co najlepsze. A teraz patrzyłam na niego i czułam, jak serce rozrywa mi się na kawałki.

— Szymuś! — wrzasnęłam i rzuciłam się na kolana obok niego. Moje ręce drżały, gdy próbowałam wyjąć mu coś z buzi. Nic. Szymek łapał powietrze coraz bardziej rozpaczliwie. Moja starsza córka, Zosia, stała obok i płakała. Mój mąż, Tomek, wbiegł do pokoju i przez sekundę patrzył na nas z niedowierzaniem.

— Dzwoń po karetkę! — krzyknęłam do niego, a sama zaczęłam robić to, czego nauczyłam się kiedyś na kursie pierwszej pomocy: pochyliłam Szymka głową w dół i uderzałam go delikatnie między łopatkami. Po trzecim uderzeniu usłyszałam kaszel i zobaczyłam, jak z jego buzi wypada kawałek silikonu — fragment gryzaka.

Szymek zaczął płakać. Ja też. Tomek stał z telefonem w ręku i trząsł się cały. Zosia tuliła się do mnie i powtarzała: „Mamusiu, już dobrze?”

Karetka przyjechała po kilku minutach. Ratownicy obejrzeli Szymka, uspokoili nas i powiedzieli, że mieliśmy ogromne szczęście. Gdyby kawałek silikonu utknął głębiej… Nawet nie chcę kończyć tej myśli.

Tej nocy nie spałam. Siedziałam przy łóżeczku Szymka i patrzyłam na niego, jak oddycha spokojnie przez sen. W głowie miałam tysiące pytań: Jak to możliwe? Przecież ten gryzak miał wszystkie certyfikaty! Ile jeszcze takich rzeczy czai się w naszym domu?

Następnego dnia zadzwoniłam do sklepu, w którym kupiłam gryzak. Pani w słuchawce była uprzejma, ale wyraźnie zaskoczona. „Pierwszy raz słyszę o takim przypadku” — powiedziała. Zadzwoniłam więc do producenta. Tam usłyszałam: „To niemożliwe, nasze produkty są testowane”.

Ale ja wiedziałam swoje. Wzięłam gryzak do ręki i zobaczyłam wyraźną rysę tam, gdzie odpadł kawałek silikonu. Przypomniałam sobie, jak Szymek gryzie wszystko z siłą małego buldoga — może to właśnie dlatego? Ale przecież gryzak powinien być na to odporny!

Tomek próbował mnie uspokoić:
— Kochanie, to był wypadek. Nie mogłaś tego przewidzieć.
Ale ja nie mogłam przestać myśleć o tym, ile innych dzieci bawi się tym samym gryzakiem.

Postanowiłam napisać o tym na Facebooku. Opisałam całą sytuację i wrzuciłam zdjęcie gryzaka z wyraźnym ubytkiem. W ciągu kilku godzin mój post miał setki udostępnień i komentarzy. Inne mamy pisały: „Miałam podobną sytuację!”, „U nas też pękł gryzak!”. Zaczęła się dyskusja o tym, jak bardzo ufamy certyfikatom i reklamom.

Moja mama zadzwoniła wieczorem:
— Po co to roztrząsasz? Przecież wszystko dobrze się skończyło.
Ale ja wiedziałam, że muszę mówić głośno o tym, co się stało. Może ktoś dzięki temu wyrzuci niebezpieczną zabawkę zanim będzie za późno.

Przez kolejne dni żyliśmy w napięciu. Każda zabawka w domu była podejrzana. Przeglądałam fora internetowe i czytałam historie innych rodziców. Okazało się, że takich przypadków jest więcej — tylko nikt o nich głośno nie mówi.

Tomek coraz częściej patrzył na mnie z niepokojem:
— Musisz trochę odpuścić… Nie możesz żyć w ciągłym strachu.
Ale jak mam odpuścić? Jak mam zaufać czemukolwiek po tym, co się stało?

Zosia zaczęła mieć koszmary. Budziła się w nocy i płakała:
— Mamusiu, Szymek znowu się dusi!
Przytulałam ją i próbowałam tłumaczyć, że już wszystko dobrze… Ale sama w to nie wierzyłam.

Pewnego dnia przyszła do mnie sąsiadka, pani Halina:
— Słyszałam o waszej historii… Moja wnuczka też miała kiedyś taki gryzak. Dobrze, że mówisz o tym głośno.
Poczułam ulgę — może jednak nie jestem sama?

Zaczęłam pisać petycję do producenta o wycofanie tej serii gryzaków ze sklepów. Zebrałam setki podpisów. W końcu odezwała się do mnie dziennikarka z lokalnej gazety:
— Chcemy nagłośnić tę sprawę. Może uda się coś zmienić.

Dziś minął miesiąc od tamtego dnia. Szymek jest zdrowy, ale ja już nigdy nie będę tą samą osobą. Każdego dnia patrzę na swoje dzieci i myślę o tym, jak kruche jest ich życie — i jak łatwo możemy je stracić przez coś tak banalnego jak zabawka.

Czasem pytam siebie: czy mogłam zrobić coś inaczej? Czy mogę jeszcze ufać temu światu pełnemu pięknych opakowań i pustych obietnic? A wy — czy mieliście kiedyś podobną sytuację? Jak dbacie o bezpieczeństwo swoich dzieci?