Matka czy żona? Serce syna rozdarte między dwiema kobietami

– Michał, czy ty naprawdę zamierzasz to zrobić? – mój głos drżał, choć starałam się brzmieć spokojnie. Stałam w kuchni, oparta o blat, a on patrzył na mnie z tym swoim upartym wyrazem twarzy, który znałam od dziecka.

– Mamo, to nie jest takie proste. Musimy z Anią podjąć decyzję razem – odpowiedział, unikając mojego wzroku. W jego głosie słyszałam napięcie, którego nie potrafił ukryć.

Wszystko zaczęło się kilka tygodni wcześniej. Michał, mój jedyny syn, od zawsze był moim oczkiem w głowie. Wychowywałam go sama po śmierci męża. Byliśmy drużyną – ja i on przeciwko światu. Kiedy poznał Anię na studiach w Warszawie, czułam dumę, ale i niepokój. Wiedziałam, że kiedyś przyjdzie ten moment, gdy będę musiała oddać go innej kobiecie. Ale nie sądziłam, że to będzie aż tak boleć.

Ania była miła, uśmiechnięta, ale zawsze czułam dystans. Może to ja go tworzyłam? Może nie potrafiłam zaakceptować faktu, że już nie jestem najważniejszą kobietą w życiu Michała?

Pewnego wieczoru podsłuchałam ich rozmowę przez uchylone drzwi salonu.

– Michał, twoja mama znowu dzwoniła. Pytała, czy przyjedziemy na niedzielny obiad – mówiła Ania cicho.

– Wiem, ale mamy tyle spraw na głowie… Remont mieszkania, twoja praca…

– Ale ona jest sama…

– Aniu, nie mogę być wszędzie naraz! – wybuchł Michał.

Zacisnęłam pięści. Wiedziałam, że jestem dla nich ciężarem. Ale czy to źle chcieć widywać własnego syna?

Kilka dni później Michał zadzwonił.

– Mamo, musimy porozmawiać o remoncie. Zdecydowaliśmy z Anią, że zaczniemy wcześniej. Chcemy mieć wszystko gotowe przed jesienią.

– Ale przecież mieliście zacząć dopiero za dwa miesiące… – powiedziałam cicho.

– Tak wyszło. Ania dostała urlop, ja mogę wziąć wolne…

Zrozumiałam. Nie będzie ich u mnie na wakacjach. Nie będzie wspólnych spacerów po lesie ani rozmów do późna przy herbacie. Znowu zostanę sama.

Przez kilka dni chodziłam jak struta. W pracy koleżanki pytały:

– Co się stało, Zosiu? Wyglądasz na przygnębioną.

– Nic takiego… – kłamałam.

Wieczorami siedziałam przy oknie i patrzyłam na puste podwórko. Przypominałam sobie czasy, gdy Michał był mały. Jak biegał po trawie z rozczochranymi włosami i wołał: „Mamo! Patrz!”

Teraz już nie wołał.

W końcu zebrałam się na odwagę i zadzwoniłam do niego.

– Michał… czy możesz przyjechać? Muszę z tobą porozmawiać.

Przyjechał sam. Usiadł naprzeciwko mnie przy kuchennym stole.

– Mamo, wiem, że jesteś smutna. Ale musisz zrozumieć… Mam swoje życie. Ania jest moją żoną. Chcemy mieć rodzinę…

– A ja? – przerwałam mu drżącym głosem. – Czy ja już się nie liczę?

Spojrzał na mnie z bólem w oczach.

– Liczysz się zawsze. Ale muszę być też dla niej. Dla nas.

Poczułam się tak, jakby ktoś wyrwał mi serce z piersi. Przez chwilę chciałam krzyczeć, prosić go, żeby został ze mną choć jeszcze trochę. Ale wiedziałam, że to nic nie da.

Po jego wyjściu długo płakałam. Wspomnienia wracały falami: pierwsze kroki Michała, jego śmiech, wspólne święta… Teraz wszystko się zmieniło.

Kilka dni później spotkałam Anię na rynku.

– Dzień dobry, pani Zosiu – powiedziała uprzejmie.

– Dzień dobry – odpowiedziałam chłodno.

Chciała coś powiedzieć, ale odwróciłam się i odeszłam. Nie potrafiłam jej wybaczyć tego, że zabrała mi syna.

W domu długo myślałam o tej krótkiej rozmowie. Może powinnam spróbować ją zrozumieć? Może ona też czuje się zagubiona?

Wieczorem zadzwoniła do mnie sąsiadka, pani Halina.

– Zosiu, nie możesz tak się zamykać w sobie. Syn cię kocha, tylko teraz musi być też mężem. Ty też kiedyś byłaś młoda…

Westchnęłam ciężko.

– Wiem, Halinko… Ale to boli bardziej niż myślałam.

Następnego dnia postanowiłam napisać list do Michała:

„Synku,
Wiem, że dorosłeś i masz swoje życie. Chcę tylko, żebyś wiedział, jak bardzo cię kocham i jak bardzo mi ciebie brakuje. Nie chcę być ciężarem ani przeszkodą w twoim szczęściu. Chcę tylko czasem usłyszeć twój głos i wiedzieć, że jesteś szczęśliwy.”

Nie wysłałam tego listu. Schowałam go do szuflady razem z innymi pamiątkami z dzieciństwa Michała.

Minęły tygodnie. Remont trwał w najlepsze. Czasem dzwonił do mnie z pytaniami o przepisy albo prosił o radę w sprawie farby do ścian. Czułam wtedy ukłucie radości – może jednak jeszcze jestem mu potrzebna?

Pewnego dnia zadzwoniła Ania.

– Pani Zosiu… Czy może pani do nas przyjechać? Michał jest chory i bardzo pani potrzebuje.

Serce zabiło mi mocniej. Bez namysłu spakowałam torbę i pojechałam do nich do Warszawy.

W mieszkaniu panował chaos – kartony po remoncie, zapach farby i Michał leżący na kanapie z gorączką.

– Mamo… – wyszeptał słabo.

Usiadłam przy nim i pogładziłam go po włosach tak jak wtedy, gdy był mały.

Ania patrzyła na nas z boku. W jej oczach widziałam wdzięczność i ulgę.

Przez kilka dni byłam tam dla nich – gotowałam rosół, sprzątałam po remoncie, rozmawiałam z Anią o jej pracy i planach na przyszłość. Zaczęłyśmy się poznawać na nowo.

Któregoś wieczoru usiadłyśmy razem przy herbacie.

– Pani Zosiu… Ja wiem, że to trudne dla pani… Ale bardzo bym chciała, żebyśmy były rodziną naprawdę. Bez tych wszystkich niedomówień i żalu…

Spojrzałam na nią uważnie. Była szczera. Może czas przestać walczyć o coś, co już minęło?

Kiedy wracałam do domu pociągiem przez pola Mazowsza, patrzyłam przez okno na zachodzące słońce i myślałam o tym wszystkim, co straciłam… ale też o tym, co jeszcze mogę zyskać.

Czy matka musi zawsze być najważniejsza w sercu syna? A może prawdziwa miłość polega na tym, by pozwolić mu odejść i być szczęśliwym po swojemu?