Kiedy miłość zamienia się w rachunki: Moja walka między macierzyństwem a rozczarowaniem
– I co, znowu nie zapłaciłaś za prąd? – głos Pawła przebił ciszę w kuchni jak nóż. Stałam przy zlewie, z rękami zanurzonymi w zimnej wodzie, próbując domyć butelkę po mleku. Mały Kuba spał w pokoju obok, a ja czułam, jak napięcie ściska mi gardło.
– Nie miałam z czego – odpowiedziałam cicho, nie patrząc mu w oczy. – Wiesz dobrze, że po urlopie macierzyńskim nie mam jeszcze pracy.
Paweł westchnął ciężko i rzucił kluczami na stół. – To może powinnaś się bardziej postarać? Ile można żyć na moim garnuszku? – jego słowa bolały bardziej niż jakiekolwiek cięcie.
Nie tak wyobrażałam sobie nasze życie. Kiedyś byliśmy szczęśliwi. Paweł potrafił mnie rozśmieszyć nawet w najgorszy dzień, a ja wierzyłam, że razem przetrwamy wszystko. Ale od kiedy urodził się Kuba, coś się zmieniło. Zamiast wsparcia dostałam listę wydatków i pretensje o każdy grosz.
Pamiętam dzień, kiedy zadzwoniła do mnie mama. Słyszała w moim głosie łzy, choć próbowałam je ukryć.
– Justynko, co się dzieje? – zapytała z troską.
– Nic, mamo. Po prostu jestem zmęczona – skłamałam.
Ale ona wiedziała. Matki czują takie rzeczy. Chciała przyjechać, pomóc mi z Kubą, ale Paweł nie lubił, gdy ktoś się wtrącał w nasze sprawy. „To nasza rodzina, Justyna. Nie potrzebujemy pomocy z zewnątrz” – powtarzał.
Pewnego wieczoru, gdy Kuba miał gorączkę i płakał bez przerwy, Paweł wrócił późno z pracy. Byłam wykończona. Gdy tylko przekroczył próg, rzuciłam mu się na szyję z nadzieją na wsparcie.
– Znowu histeryzujesz? – syknął, odsuwając mnie. – Daj mi spokój, miałem ciężki dzień.
Wtedy coś we mnie pękło. Poczułam się niewidzialna. Jakby moje potrzeby i uczucia nie miały znaczenia. Byłam tylko „matką jego dziecka”, nie partnerką.
Zaczęłam liczyć każdy grosz. Odkładałam na bok drobne z zakupów, żeby starczyło na pieluchy i mleko. Paweł coraz częściej wypominał mi wydatki.
– Po co ci nowa bluzka? Przecież siedzisz cały dzień w domu! – krzyczał pewnego dnia, gdy znalazł paragon.
Nie rozumiał, że chciałam poczuć się choć przez chwilę jak dawniej – kobieta, a nie tylko matka i gospodyni.
Najgorsze były wieczory. Siedziałam przy łóżeczku Kuby i patrzyłam na jego spokojną twarz. Czułam się rozdarta między miłością do syna a żalem do Pawła. Zaczęłam zastanawiać się, czy to wszystko ma sens.
Pewnej nocy usłyszałam rozmowę Pawła przez telefon:
– Nie wiem, ile jeszcze wytrzymam. Ona nic nie robi, tylko narzeka… Tak, wiem, że to moje dziecko, ale ile można ciągnąć wszystko samemu?
Serce mi zamarło. Czy naprawdę byłam dla niego ciężarem?
Następnego dnia zebrałam się na odwagę.
– Paweł, musimy porozmawiać – zaczęłam drżącym głosem.
– O czym znowu? – przewrócił oczami.
– O nas. O tym, jak się czuję. Potrzebuję twojego wsparcia, nie tylko pieniędzy i pretensji.
Spojrzał na mnie zimno.
– Może powinnaś dorosnąć i przestać się użalać nad sobą? Każdy ma swoje problemy.
Wtedy zrozumiałam, że jestem sama. Że nie mogę liczyć na niego tak, jak liczyłam kiedyś.
Zaczęłam szukać pracy przez internet nocami, gdy Kuba spał. Pisałam CV, wysyłałam aplikacje. Czułam się upokorzona – miałam wyższe wykształcenie, a teraz błagałam o jakąkolwiek pracę zdalną za najniższą stawkę.
Mama coraz częściej dzwoniła i pytała:
– Justynko, może przyjedziesz do nas na kilka dni? Odpoczniesz trochę.
Ale ja bałam się przyznać do porażki. Bałam się oceny rodziny i znajomych: „A nie mówiłam? Po co ci był taki facet?”.
Któregoś dnia Paweł przyszedł do domu wcześniej niż zwykle. Był dziwnie spokojny.
– Musimy ustalić zasady – powiedział bez emocji. – Ja płacę za mieszkanie i rachunki. Ty zajmujesz się domem i dzieckiem. Jak ci coś nie pasuje, możesz wrócić do matki.
Zamarłam. Czy naprawdę tak wygląda teraz nasze małżeństwo? Jak umowa o świadczenie usług?
Przez kolejne tygodnie żyliśmy obok siebie jak współlokatorzy. Rozmawialiśmy tylko o tym, co konieczne: zakupy, lekarz dla Kuby, rachunki.
Pewnego dnia Kuba zachorował poważniej. Gorączka nie spadała mimo leków. Zadzwoniłam do Pawła:
– Musisz wrócić do domu! Kuba jest bardzo chory!
– Nie mogę teraz wyjść z pracy – odpowiedział chłodno. – Poradzisz sobie sama.
Siedziałam całą noc przy łóżeczku syna, modląc się o cud. Rano zadzwoniłam do mamy:
– Mamo… już nie daję rady.
Przyjechała natychmiast. Przytuliła mnie mocno i powiedziała:
– Justynko, czasem trzeba wybrać siebie i swoje dziecko ponad wszystko inne.
Po kilku dniach podjęłam decyzję: spakowałam najpotrzebniejsze rzeczy i pojechałam z Kubą do rodziców. Paweł nawet nie próbował mnie zatrzymać.
Teraz siedzę w dziecięcym pokoju mojego rodzinnego domu i patrzę na śpiącego Kubusia. Czuję ulgę i strach jednocześnie. Czy zrobiłam dobrze? Czy powinnam była walczyć dłużej?
Czasem myślę: ile matek codziennie przeżywa podobną walkę? Ile z nas boi się przyznać do porażki? Czy naprawdę miłość można przeliczyć na rachunki?