Ukryta prawda: Oko matki – historia z Warszawy
– Marta, nie przesadzasz? – głos Michała, mojego męża, odbijał się echem w ciasnej kuchni naszego mieszkania na Pradze. – Przecież pani Danuta ma referencje, poleciła ją sąsiadka.
Zacisnęłam dłonie na kubku z zimną już kawą. – Michał, coś mi nie pasuje. Zosia ostatnio płacze, jak tylko widzi opiekunkę. Wczoraj miała zadrapanie na policzku. Danuta powiedziała, że sama się podrapała, ale…
– Dzieci się drapią, Marto. Pracuję po dwanaście godzin dziennie, nie dam rady ci pomóc. Musimy jej zaufać.
Ale ja już nie ufałam. Każdego ranka, kiedy zamykałam za sobą drzwi, zostawiając Zosię pod opieką obcej kobiety, czułam narastający niepokój. W pracy nie mogłam się skupić. W głowie miałam tylko jedno pytanie: czy moja córka jest bezpieczna?
Wszystko zaczęło się niewinnie. Po urlopie macierzyńskim musiałam wrócić do pracy w agencji reklamowej. Michał był architektem, jego projekty pochłaniały go bez reszty. Babcia mieszkała w Lublinie, mama była po operacji biodra. Zostaliśmy sami. Pani Danutę poleciła mi sąsiadka z piętra wyżej – „złota kobieta”, mówiła. Na rozmowie wydawała się ciepła i troskliwa. Ale już po pierwszym tygodniu coś mi nie grało.
Zosia była niespokojna, płaczliwa, przestała się uśmiechać na mój widok. Raz znalazłam ją w łóżeczku z mokrą pieluchą i wysypką na pupie. Danuta tłumaczyła się roztargnieniem, przeprosiła. Ale potem pojawiły się zadrapania i siniaki.
Któregoś wieczoru, kiedy Zosia zasnęła wtulona we mnie, powiedziałam do Michała:
– Zamontuję kamerę w salonie.
– Oszalałaś? – wybuchł. – To nielegalne!
– Wolę być oskarżona o naruszenie prywatności niż o zaniedbanie własnego dziecka.
Nie czekałam na jego zgodę. Następnego dnia kupiłam małą kamerkę internetową i ukryłam ją wśród książek na regale. Serce waliło mi jak młotem.
Przez kolejne dni wracałam do domu i przeglądałam nagrania. Początkowo nic niepokojącego – Danuta bawiła się z Zosią, czytała jej książeczki. Ale trzeciego dnia zobaczyłam coś, co zmroziło mi krew w żyłach.
Na ekranie zobaczyłam Zosię płaczącą w łóżeczku. Danuta stała nad nią z groźną miną.
– Przestań ryczeć! – syknęła opiekunka i szarpnęła Zosię za ramię.
Zosia rozpłakała się jeszcze głośniej. Danuta odwróciła się plecami do kamery i zaczęła mówić pod nosem coś, czego nie mogłam zrozumieć, ale ton był lodowaty.
Zamarłam. Przewinęłam nagranie dalej – Danuta zostawiła Zosię samą na ponad godzinę, oglądając serial na telefonie.
Następnego dnia nie poszłam do pracy. Czekałam w domu, aż Danuta przyjdzie.
– Dzień dobry, pani Marto! – uśmiechnęła się szeroko.
– Proszę usiąść – powiedziałam chłodno.
Usiadła ostrożnie na brzegu kanapy.
– Zosia ostatnio jest bardzo niespokojna – zaczęłam powoli. – Czy coś się wydarzyło?
– Ależ skąd! Dzieci tak mają…
Wyciągnęłam telefon i pokazałam jej nagranie.
Danuta zbielała na twarzy.
– To… to nie tak… Ja tylko…
– Proszę natychmiast opuścić mój dom – powiedziałam przez zaciśnięte zęby.
Wyszła bez słowa. Zosia tuliła się do mnie przez cały dzień, jakby bała się, że znowu ją zostawię.
Wieczorem Michał wrócił do domu wcześniej niż zwykle.
– I co teraz? – zapytał cicho.
– Nie wiem – odpowiedziałam szczerze. – Nie wiem, komu mogę zaufać.
Przez kolejne tygodnie próbowałam pogodzić pracę z opieką nad córką. Szefowa patrzyła na mnie krzywo, kiedy brałam kolejne dni wolne. Michał coraz częściej wracał późno do domu. W końcu wybuchliśmy podczas jednej z kolacji:
– Może przesadzasz? Może to był jednorazowy incydent? – rzucił Michał zrezygnowanym tonem.
– Gdybyś widział jej twarz… Gdybyś słyszał ten ton…
– Ale musimy pracować! Nie stać nas na prywatny żłobek!
– Może powinniśmy przeprowadzić się do Lublina? Tam mama mogłaby nam pomóc…
– Mam rzucić wszystko? Pracę? Projekty?
Milczeliśmy długo. W końcu Michał wyszedł trzaskając drzwiami.
Zostałam sama z Zosią na kolanach i poczuciem winy rozlewającym się po całym ciele.
Przez następne dni żyliśmy jak obcy ludzie pod jednym dachem. Michał nocował u kolegi „bo projekt”, ja spałam przy łóżeczku Zosi.
Pewnego wieczoru zadzwoniła mama:
– Martusiu, słyszałam od cioci Krysi… Co się dzieje?
Rozpłakałam się do słuchawki jak dziecko.
– Przyjedźcie do nas – powiedziała cicho mama. – Choćby na kilka tygodni.
Spakowałam walizki następnego dnia. Michał nie protestował, tylko skinął głową.
W Lublinie poczułam ulgę. Mama tuliła Zosię, gotowała rosół i powtarzała: „Wszystko będzie dobrze”.
Ale czy będzie? Czy kiedykolwiek jeszcze komuś zaufam? Czy jestem złą matką, bo nie umiałam ochronić własnego dziecka?
Czasem patrzę na śpiącą Zosię i pytam siebie: ile matek przeżywa to samo? Ile z nas boi się zaufać światu?