Moja Synowa Nie Umie Gotować: Serce Matki Między Nadzieją a Rozpaczą
— Dlaczego znowu obierasz tyle ziemniaków, mamo? — głos Bartka rozbrzmiewał w kuchni, gdy z wysiłkiem ścierałam łzy ukryte pod powiekami. Ostrze noża ślizgało się po kolejnej bulwie, a ja czułam, jak drżą mi ręce.
— To dla ciebie, synku. Przecież wiesz, że zawsze możesz coś zabrać ze sobą — odpowiedziałam, starając się, by mój głos brzmiał pewnie.
Bartek westchnął ciężko i spojrzał przez okno na szare niebo nad Warszawą. — Mamo, nie musisz co tydzień gotować dla mnie. Dajemy sobie radę z Martą.
Ale ja wiedziałam swoje. Odkąd Bartek ożenił się z Martą, wracał do mnie coraz bardziej wychudzony i zmęczony. Ta dziewczyna nie umiała nawet zagotować wody na herbatę bez przypalenia czajnika. A te gotowe obiady z marketu… Jak można to jeść?
— Przecież masz tyle pracy — próbowałam jeszcze raz, wrzucając ziemniaki do wielkiego garnka z wodą. — A Marta…
— Mamo, proszę cię — przerwał mi Bartek, odwracając się gwałtownie. W jego oczach widziałam napięcie. — Marta się stara. Też pracuje na pełen etat. Radzimy sobie.
Słyszałam w jego głosie irytację, ale nie mogłam przestać. — Kiedyś tak lubiłeś moją zupę ogórkową… I pierogi z serem…
Uśmiechnął się blado. — Tak, mamo. Ale czasy się zmieniają.
Czasy się zmieniają… Powtarzają to wszyscy. Ale dlaczego mam wrażenie, że wszystko się rozpada? Od śmierci mojego męża Bartek był całym moim światem. Gdy przyprowadził Martę, miałam nadzieję na synową, z którą będę mogła piec ciasta, wymieniać przepisy i śmiać się przy kuchennym stole. Tymczasem Marta ledwo na mnie patrzyła, a o rozmowie nawet nie było mowy.
Tydzień później znów stałam w kuchni, tym razem gotując rosół dla całej drużyny piłkarskiej. W drzwiach pojawiła się moja przyjaciółka, Halina.
— Co ty wyprawiasz? — zapytała z niedowierzaniem, patrząc na górę jedzenia.
— To dla Bartka — odpowiedziałam cicho.
Halina pokręciła głową. — Rozpieszczasz go za bardzo. Pozwól im żyć po swojemu.
— Ale Marta… — zaczęłam.
Przerwała mi stanowczo: — Może zaproś ją kiedyś do wspólnego gotowania? Zamiast wszystko robić za nich.
To zdanie nie dawało mi spokoju przez całą noc. Następnego dnia zadzwoniłam do Bartka.
— Może wpadniecie z Martą na obiad? Może ugotujemy coś razem?
Po drugiej stronie słuchawki zapadła cisza.
— Zapytam ją — powiedział w końcu.
W sobotę stanęli we dwoje w mojej kuchni. Marta wyglądała na skrępowaną, patrzyła niepewnie na składniki rozłożone na blacie.
— Zrobimy pierogi ruskie — powiedziałam radośnie.
Marta uśmiechnęła się wymuszenie. — Nigdy ich nie robiłam.
— Nic nie szkodzi, pomogę ci — zapewniłam ją.
Obierałyśmy razem ziemniaki w ciszy przerywanej tylko stukotem noża o deskę.
— Jak minął tydzień? — próbowałam zagaić rozmowę.
Wzruszyła ramionami. — Dużo pracy.
Bartek patrzył to na mnie, to na nią. W powietrzu wisiała gęsta atmosfera.
Przy stole Marta ostrożnie spróbowała pierogów.
— Dobre… — powiedziała cicho.
Uśmiechnęłam się do Bartka z triumfem, ale on odwrócił wzrok.
Po obiedzie Marta sprzątała naczynia w milczeniu. W kuchni usłyszałam jej cichy westchnienie.
— Wszystko w porządku? — zapytałam ostrożnie.
Odwróciła się do mnie z wilgotnymi oczami.
— Wiem, że uważa pani, że nie jestem wystarczająco dobra dla Bartka… Że nie potrafię gotować ani dbać o niego tak jak pani…
Zatkało mnie.
— Po prostu… Pracuję dużo i nigdy nie lubiłam gotować. Ale staram się… — jej głos się załamał.
Bartek wszedł do kuchni i objął ją ramieniem. — Mamo, mamy swoje sposoby. Czasem zamawiamy jedzenie, czasem gotuję ja. Jest nam dobrze tak, jak jest.
Tej nocy długo nie mogłam zasnąć. Czy naprawdę wszystko widziałam źle? Czy byłam tak zapatrzona w swoje metody, że przegapiłam ich szczęście?
W kolejnych dniach próbowałam się wycofać. Żadnych siatek z jedzeniem, żadnych rad o prowadzeniu domu czy gotowaniu.
W niedzielne popołudnie niespodziewanie zadzwonił dzwonek do drzwi.
— Mogę wejść? — zapytała nieśmiało Marta.
W rękach trzymała własnoręcznie upieczony sernik – trochę przypalony na brzegach, ale pachniał cudownie.
— To dla pani — powiedziała cicho.
Usiadłyśmy razem przy herbacie i rozmawiałyśmy o jej dzieciństwie w Łodzi, o matce pracującej na trzy zmiany i braku czasu na wspólne obiady.
— Może spróbujemy razem nowych przepisów? — zaproponowała nagle Marta.
Poczułam łzy wzruszenia i ulgi jednocześnie.
Bartek wszedł później do kuchni i zobaczył nas śmiejące się razem przy stole.
— No proszę… Znalazłyście wspólny język! — zażartował z uśmiechem.
Może powinnam odpuścić przeszłość i zaakceptować teraźniejszość? Może miłość to także umiejętność zaufania wyborom własnych dzieci – nawet jeśli są inne niż nasze marzenia?
Czy wy też mieliście kiedyś problem z odpuszczeniem kontroli nad życiem swoich bliskich? Kiedy warto ingerować, a kiedy lepiej zaufać?