Niewidzialna walka: Serce matki na rozdrożu
– Naprawdę nie rozumiesz, prawda? – Jej głos był zimny jak lód, a każde słowo wbijało się we mnie jak szpilka. – Zawsze musisz się wtrącać. Myślisz, że nie widzę, co robisz? Chcesz nas rozdzielić.
Siedziałam na starym fotelu w moim mieszkaniu na Pradze, ściskając telefon tak mocno, że aż zbielały mi knykcie. Głos Kasi – mojej synowej – brzmiał w słuchawce ostro i bezlitośnie. Przez chwilę miałam nadzieję, że Michał, mój jedyny syn, wtrąci się do rozmowy, powie coś, cokolwiek. Ale po drugiej stronie panowała cisza. Wiedziałam, że jest obok niej. Czułam jego obecność w tej ciszy – ciężkiej, pełnej zgody na jej słowa.
– Kasiu, ja tylko chciałam…
– Właśnie! Zawsze coś chcesz! Nie możesz po prostu zostawić nas w spokoju? Michał jest dorosły. Nie potrzebuje już twojej opieki.
Zacisnęłam powieki, próbując powstrzymać łzy. W głowie kłębiły mi się wspomnienia: Michał jako mały chłopiec, jego śmiech, pierwsze kroki, pierwsze słowa. Wszystko to wydawało się teraz tak odległe, jakby należało do innego życia.
– Michał… – szepnęłam bezradnie.
Ale on milczał. Słyszałam tylko jego oddech. Czułam się tak, jakby ktoś wyciągnął mi serce z piersi i rzucił je na podłogę.
Połączenie zostało przerwane. Przez chwilę siedziałam w ciszy, wsłuchując się w tykanie zegara na ścianie. Mój świat nagle stał się bardzo mały – ograniczony do czterech ścian i pustego mieszkania.
Nie wiem, kiedy zaczęło się psuć. Może wtedy, gdy Michał poznał Kasię na studiach i coraz rzadziej do mnie dzwonił? Może wtedy, gdy pierwszy raz usłyszałam w jej głosie niechęć? A może to ja popełniłam błąd – byłam zbyt opiekuńcza, zbyt obecna? Przecież miałam tylko jego. Po śmierci męża Michał był całym moim światem. Może to był mój grzech – że nie umiałam pozwolić mu odejść?
Próbowałam sobie przypomnieć momenty, kiedy Kasia była dla mnie miła. Były takie chwile – uśmiechy przy stole wigilijnym, wspólne spacery po Łazienkach. Ale potem coś się zmieniło. Zaczęła mnie unikać. Michał coraz częściej tłumaczył jej nieobecność zmęczeniem albo pracą. A ja udawałam, że wierzę.
Pewnego dnia zaproponowałam im wspólny obiad u mnie. Kasia odmówiła. Michał powiedział tylko: „Może innym razem”. Od tamtej pory widywaliśmy się coraz rzadziej.
Dziś wiem, że jestem dla nich ciężarem. Nie chcą moich rad, mojej obecności. Nawet moje pierogi – które Michał kiedyś uwielbiał – teraz są powodem do żartów. „Mama znowu zrobiła pierogi? Może tym razem nie będą takie twarde?” – śmiała się Kasia podczas jednej z ostatnich wizyt.
Nie umiem być obojętna. Każde takie słowo boli mnie bardziej niż cokolwiek innego. Próbuję sobie tłumaczyć, że to normalne – młodzi chcą żyć po swojemu. Ale czy to znaczy, że muszę być zupełnie sama?
Ostatnio coraz częściej łapię się na tym, że rozmawiam sama ze sobą. W kuchni mówię do zdjęcia Michała z pierwszego dnia szkoły: „Pamiętasz, jak się bałeś? Trzymałeś mnie za rękę tak mocno…”. Wiem, że to śmieszne. Ale to jedyny sposób, żeby nie zwariować od tej ciszy.
Czasem dzwoni do mnie sąsiadka, pani Zosia. Pyta, czy nie potrzebuję czegoś ze sklepu. Rozmawiamy o pogodzie, o cenach w Biedronce. Ale to nie to samo co rozmowa z własnym dzieckiem.
Wczoraj spotkałam Michała przypadkiem na ulicy. Szliśmy przez chwilę razem w milczeniu. Chciałam go zapytać: „Dlaczego pozwalasz Kasi tak mnie traktować? Czy naprawdę jestem taka zła?” Ale nie miałam odwagi. On też nic nie powiedział.
Wieczorem długo nie mogłam zasnąć. Przewracałam się z boku na bok, myśląc o tym wszystkim. Czy to moja wina? Czy powinnam była mieć więcej dzieci? Może wtedy nie byłabym tak przywiązana do Michała? Może wtedy łatwiej byłoby mi zaakceptować jego dorosłość?
Czasem mam ochotę zadzwonić do niego i powiedzieć: „Synku, tęsknię za tobą”. Ale boję się odpowiedzi. Boję się kolejnej rozmowy z Kasią.
Dziś rano znalazłam w skrzynce pocztowej kartkę – zaproszenie na urodziny wnuczki. Przez chwilę poczułam radość – może jednak mnie potrzebują? Ale potem przeczytałam dopisek: „Prosimy nie przynosić własnych wypieków”.
Znowu poczułam ten znajomy ból w sercu.
Nie wiem już, jak mam żyć dalej. Czy jestem skazana na samotność? Czy każda matka jedynaka musi przechodzić przez coś takiego?
Może powinnam nauczyć się żyć dla siebie? Ale jak to zrobić po tylu latach życia dla innych?
Czasem patrzę w lustro i pytam samą siebie: „Czy naprawdę jestem taka zła? Czy zasłużyłam na to wszystko?”
Może ktoś z was zna odpowiedź?