Zimny poranek, gorące łzy: Historia Marty i Pawła
– Marta, otwórz te drzwi! – głos mojej matki, Barbary, rozbrzmiewał na klatce schodowej z siłą, której nie słyszałam od lat. Stałam w kuchni, wpatrując się w parujące okno. W dłoniach ściskałam kubek z zimną już herbatą. Wiedziałam, że jeśli otworzę, nie będzie już odwrotu. Ale drzwi i tak ustąpiły pod jej naporem.
– Co się stało? – zapytałam cicho, choć przecież wiedziałam. Ostatnie dni były jak sen – koszmar, z którego nie mogłam się obudzić.
– Paweł cię zdradza – wypaliła bez ogródek. – Widziałam go wczoraj z tą kobietą. Przytulali się na parkingu pod jego biurem. Nie udawaj, że nie wiedziałaś.
Zamarłam. Słowa matki rozbiły się o moje serce jak grad o szybę. Przez chwilę nie mogłam oddychać. W głowie miałam tylko jedno pytanie: „Dlaczego?”. Przecież byliśmy szczęśliwi… A przynajmniej tak mi się wydawało.
– Mamo, proszę… – szepnęłam, ale ona już krzątała się po mieszkaniu, zbierając porozrzucane zabawki mojego syna, Antosia.
– Musisz coś z tym zrobić! Nie możesz pozwolić, żeby cię tak traktował! – krzyczała, a ja czułam, jak łzy spływają mi po policzkach.
Wtedy zadzwonił telefon. Paweł. Przez chwilę patrzyłam na wyświetlacz, jakby to był obcy numer.
– Halo? – odezwałam się drżącym głosem.
– Marta… Musimy porozmawiać. Wrócę wcześniej – powiedział tylko i rozłączył się.
Matka spojrzała na mnie z wyrzutem.
– Nie możesz być taka słaba! Pomyśl o Antosiu!
Chciałam jej odpowiedzieć, że myślę o nim cały czas. Że każda decyzja boli mnie podwójnie, bo wiem, że jego świat też właśnie się rozpada. Ale nie miałam siły na kolejną kłótnię.
Kiedy Paweł wrócił do domu, Antoś bawił się klockami w swoim pokoju. Ja siedziałam na kanapie, z oczami czerwonymi od płaczu.
– Marta… – zaczął niepewnie. – Wiem, że już wiesz.
Nie odpowiedziałam. Patrzyłam tylko na niego – tego samego Pawła, którego pokochałam dziesięć lat temu na studiach w Krakowie. Tego, który kiedyś przynosił mi śniadanie do łóżka i pisał liściki zostawiane pod poduszką.
– To nie tak miało być… – powiedział cicho. – Przepraszam.
– Dlaczego? – zapytałam tylko.
Usiadł naprzeciwko mnie i spuścił głowę.
– Zgubiłem się. Praca, dom… Wszystko mnie przytłoczyło. Poznałem Magdę w firmie. Była… inna. Słuchała mnie. Nie chciałem cię zranić.
Zaśmiałam się przez łzy.
– Nie chciałeś mnie zranić? Paweł, masz dziecko! Masz rodzinę!
Antoś wszedł do pokoju i spojrzał na nas wielkimi oczami.
– Mamo, dlaczego płaczesz?
Wtedy pękło we mnie wszystko. Przytuliłam go mocno do siebie i poczułam, jak jego małe rączki obejmują moją szyję.
Przez kolejne dni żyliśmy jak w zawieszeniu. Paweł spał na kanapie, ja z Antosiem w sypialni. Matka przychodziła codziennie, gotowała obiady i powtarzała: „Musisz go wyrzucić!”. Ale ja nie umiałam podjąć decyzji.
Wieczorami siedziałam przy oknie i patrzyłam na puste ulice osiedla w Nowej Hucie. Przypominałam sobie nasze wspólne chwile: pierwszy spacer po Plantach, narodziny Antosia, śmiech przy niedzielnych obiadach u teściowej. Gdzie to wszystko się podziało?
Pewnego dnia Paweł spakował walizkę.
– Wynajmę coś na jakiś czas – powiedział cicho. – Daj mi znać, jeśli będziesz czegoś potrzebować…
Nie odpowiedziałam. Patrzyłam tylko, jak zamyka za sobą drzwi. Antoś płakał całą noc.
Matka triumfowała:
– Dobrze zrobiłaś! Teraz zaczniesz żyć dla siebie!
Ale ja czułam tylko pustkę i strach. Jak mam żyć dla siebie, skoro całe moje życie było dla kogoś?
Zaczęły się codzienne problemy: przedszkole Antosia zadzwoniło z informacją o bójce z innym dzieckiem; szefowa w pracy patrzyła na mnie z politowaniem, gdy po raz kolejny prosiłam o wolne; sąsiadka z dołu doniosła administracji o hałasach wieczorem.
Pewnego popołudnia Paweł przyszedł po Antosia. Chciał zabrać go do kina.
– Marta… Może spróbujemy terapii? Dla Antosia… dla nas?
Spojrzałam na niego z niedowierzaniem.
– Myślisz, że to coś zmieni?
– Nie wiem… Ale nie chcę cię stracić. I nie chcę stracić syna.
Zgodziłam się tylko ze względu na Antosia. Spotkania z psychologiem były trudne – wyciągały na światło dzienne wszystko to, co przez lata zamiataliśmy pod dywan: moje poczucie samotności, jego frustrację pracą, nasze wzajemne pretensje i żale.
Podczas jednej z sesji Paweł powiedział:
– Przepraszam cię za wszystko. Ale nie wiem, czy potrafię być tym mężem, którego potrzebujesz.
Wtedy zrozumiałam: czasem miłość to za mało. Czasem trzeba pozwolić odejść – sobie i drugiej osobie.
Rozwód był formalnością. Matka była zawiedziona:
– Myślałam, że zawalczysz bardziej!
Ale ja już nie miałam siły walczyć o coś, co umarło dawno temu.
Dziś mija rok od tamtego zimnego poranka. Antoś śpi spokojnie w swoim pokoju. Ja siedzę przy oknie i patrzę na światła miasta. Czasem jeszcze boli – zwłaszcza gdy widzę szczęśliwe rodziny na placu zabaw czy słyszę śmiech dzieci sąsiadów przez ścianę.
Ale nauczyłam się oddychać na nowo. Nauczyłam się być sama ze sobą i dla siebie.
Czy można wybaczyć zdradę? Czy można jeszcze zaufać drugiemu człowiekowi? A może najważniejsze to nauczyć się ufać sobie?