Trzy razy matka w jednym roku: Moja walka, moja siła

— Nie możesz być poważna, Aniu! — głos mojej matki drżał z niedowierzania i gniewu. — Trzecie dziecko w jednym roku? Co ludzie powiedzą?!

Stałam przy kuchennym stole, ściskając w dłoni kubek zimnej już herbaty. Moje palce drżały, a serce waliło jak oszalałe. W oknie odbijała się moja twarz — blada, z podkrążonymi oczami, o spojrzeniu pełnym zmęczenia i lęku. Za ścianą płakała Zosia, moja najmłodsza córeczka, a w pokoju obok bliźniaki — Kuba i Michał — przekrzykiwali się o zabawkę. Miałam dwadzieścia siedem lat i czułam się starsza o całe dekady.

— Mamo, ja… ja nie planowałam tego — wyszeptałam, czując jak łzy napływają mi do oczu. — Ale nie mogę inaczej. To są moje dzieci.

Matka westchnęła ciężko, po czym usiadła naprzeciwko mnie. Jej twarz złagodniała na moment, ale zaraz znów przybrała surowy wyraz.

— Aniu, ty nawet nie masz stałej pracy! Tomek… on przecież ledwo wiąże koniec z końcem. Jak wy sobie poradzicie?

To pytanie zadawałam sobie codziennie od chwili, gdy zobaczyłam dwie kreski na teście ciążowym po raz trzeci w ciągu dwunastu miesięcy. Tomek był dobrym człowiekiem, ale życie nas nie oszczędzało. Pracował na budowie, czasem dorabiał jako kierowca. Ja rzuciłam studia po pierwszej ciąży, bo nie miałam siły ani wsparcia.

Pamiętam dzień, gdy wróciłam z pierwszego USG bliźniaków. Tomek był wtedy szczęśliwy jak dziecko. — Dwoje naraz! — śmiał się, całując mnie po rękach. — Damy radę! Ale życie szybko zweryfikowało nasze marzenia. Brak pieniędzy, nieprzespane noce, wieczne zmęczenie i kłótnie o drobiazgi. Potem przyszła Zosia — niespodziewana, wyczekana i zarazem przerażająca wiadomość.

Najgorsze były spojrzenia sąsiadów i znajomych. W małym miasteczku pod Radomiem wszyscy wiedzą wszystko o wszystkich. — Słyszałaś? Anka znowu w ciąży! — szepcze jedna sąsiadka do drugiej na klatce schodowej. — Nie mają rozumu…

Czułam się jak wyrzutek. Nawet w sklepie ekspedientka patrzyła na mnie z politowaniem, kiedy kupowałam pieluchy i mleko modyfikowane w hurtowych ilościach. Czasem miałam ochotę krzyczeć: „To moje życie! Moje dzieci!” Ale zamiast tego milczałam i zaciskałam zęby.

Tomek coraz częściej wracał późno do domu. Tłumaczył się pracą, ale wiedziałam, że ucieka przed odpowiedzialnością i naszym chaosem. Pewnego wieczoru wybuchłam:

— Gdzie byłeś?! Znowu wszystko na mojej głowie! Nie daję już rady!

Spojrzał na mnie zmęczonym wzrokiem.

— Myślisz, że mi jest łatwo? Pracuję jak wół, żebyśmy mieli co jeść! Ty tylko narzekasz!

Te słowa bolały bardziej niż cokolwiek innego. Przez chwilę miałam ochotę spakować walizkę i uciec gdzieś daleko. Ale potem spojrzałam na śpiące dzieci i wiedziałam, że nie mogę ich zostawić.

Najtrudniejsze były noce. Kiedy wszyscy spali, ja siedziałam przy łóżeczku Zosi i płakałam cicho w poduszkę. Bałam się przyszłości. Bałam się, że nie dam rady być dobrą matką dla trójki maluchów naraz. Bałam się samotności.

Pewnej nocy zadzwoniła do mnie Ola — moja przyjaciółka ze studiów.

— Anka, słyszałam… Jak się trzymasz?

Nie wytrzymałam i wybuchłam płaczem.

— Jestem nikim… Nie mam pracy, nie mam życia… Tylko pieluchy i płacz!

Ola milczała przez chwilę.

— Jesteś silniejsza niż myślisz. Wiesz? Zawsze byłaś uparta jak osioł. Dasz radę.

Te słowa były jak plaster na ranę. Przypomniały mi o sobie sprzed lat — dziewczynie z marzeniami o własnej firmie i podróżach po świecie. Gdzie ona się podziała?

Z czasem zaczęłam szukać wsparcia w internecie. Dołączyłam do grupy dla młodych matek na Facebooku. Tam nikt mnie nie oceniał. Dziewczyny dzieliły się swoimi historiami, radami, czasem żartowały z własnych porażek. Poczułam się mniej samotna.

Zaczęłam też rozmawiać z Tomkiem inaczej — bez pretensji, bez krzyków.

— Boję się — powiedziałam mu pewnego wieczoru, kiedy dzieci już spały. — Boję się, że nie damy rady…

Objął mnie mocno.

— Ja też się boję. Ale jesteśmy razem.

To był przełomowy moment. Przestaliśmy walczyć ze sobą i zaczęliśmy walczyć razem — o naszą rodzinę.

Nie było łatwo. Były dni, kiedy miałam ochotę rzucić wszystko i wyjść z domu bez słowa. Były dni, kiedy płakałam z bezsilności nad stertą brudnych ubrań i rachunków do zapłacenia. Ale były też chwile szczęścia: pierwszy uśmiech Zosi, pierwsze słowo Kuby, wspólne wieczory przy bajkach.

Z czasem nauczyłam się prosić o pomoc — matkę, teściową, sąsiadkę z naprzeciwka. Przestałam się wstydzić swojej sytuacji. Zrozumiałam, że każda matka ma prawo do słabości.

Dziś patrzę na moje dzieci i wiem, że były warte każdej łzy i każdego strachu. Może nie mam kariery ani pieniędzy na egzotyczne wakacje, ale mam coś więcej — miłość i siłę, której wcześniej w sobie nie znałam.

Czasem zastanawiam się: czy gdybym mogła cofnąć czas, zrobiłabym coś inaczej? Może tak… a może nie? Ale czy odwaga to nie właśnie pójście naprzód mimo strachu? Co wy byście zrobili na moim miejscu?