Między obowiązkiem a wolnością: Jak długo można być dobrą córką?
– Znowu nie masz dla mnie czasu? – głos mamy przeszył ciszę w moim mieszkaniu, gdy tylko odebrałam telefon. Siedziałam na podłodze, oparta o kanapę, z kubkiem zimnej już kawy w dłoni. Właśnie wróciłam z pracy, zmęczona i rozbita po kolejnym dniu pełnym stresu.
– Mamo, miałam ciężki dzień… – zaczęłam, ale przerwała mi natychmiast.
– Każdy ma ciężkie dni! Ale ja jestem twoją matką. Potrzebuję cię. I tych pieniędzy na leki, o których mówiłam wczoraj. Przecież wiesz, że nie mam nikogo innego.
Zacisnęłam powieki. W głowie kłębiły mi się myśli: „Czy naprawdę nie mam prawa do własnego życia? Czy muszę zawsze być tą, która ratuje sytuację?” Od lat to ja byłam jej podporą – finansową i emocjonalną. Ojciec odszedł, gdy miałam dwanaście lat. Mama nigdy nie pogodziła się z jego odejściem, a ja… Ja stałam się jej wszystkim.
Pamiętam, jak w liceum marzyłam o studiach w Krakowie. Mama płakała wtedy przez trzy dni, powtarzając: „Nie zostawiaj mnie samej!” Zostałam więc w rodzinnym Radomiu. Poszłam na ekonomię, choć zawsze ciągnęło mnie do literatury. Pracowałam po nocach w sklepie spożywczym, żeby dorzucić się do rachunków. Każda moja decyzja była kompromisem między tym, czego chciałam ja, a tym, czego oczekiwała ona.
Teraz mam trzydzieści dwa lata. Pracuję jako księgowa w dużej firmie. Zarabiam nieźle, ale większość wypłaty przelewam mamie – na leki, rachunki, czasem na „nieprzewidziane wydatki”. Sama wynajmuję kawalerkę na obrzeżach miasta. O wakacjach mogę tylko pomarzyć.
– Dobrze, przeleję ci te pieniądze – powiedziałam cicho do słuchawki.
– Wiedziałam, że mogę na ciebie liczyć – usłyszałam z ulgą w jej głosie.
Odłożyłam telefon i poczułam znajome ukłucie żalu. Czy to naprawdę jest miłość? Czy może szantaż emocjonalny?
W pracy koleżanki opowiadają o swoich planach: podróżach, kursach językowych, nowych mieszkaniach. Ja milczę. Bo jak powiedzieć komuś, że dorosła kobieta oddaje większość pensji matce i nie potrafi postawić granic?
Kilka dni później spotkałam się z Magdą, moją przyjaciółką jeszcze z czasów liceum.
– Wyglądasz na wykończoną – powiedziała bez ogródek.
– Bo jestem – przyznałam. – Mam wrażenie, że żyję cudzym życiem.
Magda spojrzała na mnie uważnie.
– Musisz postawić granice. Twoja mama jest dorosła. Ty też masz prawo do szczęścia.
– Ale ona naprawdę nie ma nikogo…
– A ty? Masz siebie? – zapytała ostro.
Te słowa uderzyły mnie mocniej niż się spodziewałam. Przez całą drogę do domu myślałam o tym pytaniu. Czy mam siebie?
Wieczorem zadzwoniła mama.
– Kiedy przyjedziesz? Muszę iść do lekarza, a sama nie dam rady.
– Mamo… Może poprosisz sąsiadkę panią Zofię? Albo kuzynkę Anię?
– Ty naprawdę chcesz mnie zostawić samą?! – jej głos przeszedł w histerię.
– Nie zostawiam cię… Ale potrzebuję trochę czasu dla siebie.
– Po tym wszystkim co dla ciebie zrobiłam?!
Zamilkłam. W głowie słyszałam echo tych słów z dzieciństwa: „Po tym wszystkim co dla ciebie zrobiłam…”
Następnego dnia w pracy nie mogłam się skupić. Szef zwrócił mi uwagę na błąd w raporcie. Wróciłam do domu i rozpłakałam się jak dziecko. Czułam się winna wobec mamy, wobec szefa… wobec siebie samej.
Wieczorem napisałam długi list do mamy. Nie wysłałam go – nie miałam odwagi. Pisałam o tym, jak bardzo ją kocham, ale też o tym, że czuję się uwięziona. Że chcę żyć własnym życiem, mieć prawo do marzeń i odpoczynku.
W końcu postanowiłam pójść na terapię. Pierwsze spotkanie było trudne. Psycholożka zapytała:
– Co by się stało, gdyby pani przestała pomagać mamie?
– Ona by sobie nie poradziła…
– A pani?
Nie odpowiedziałam od razu. Bo prawda była taka, że nie wiedziałam kim jestem bez tej roli ratowniczki.
Minęły tygodnie. Powoli zaczęłam mówić „nie” mamie – najpierw w drobnych sprawach: „Nie mogę dziś przyjechać”, „Nie mam teraz pieniędzy”. Każde takie zdanie kosztowało mnie łzy i bezsenne noce.
Mama reagowała gniewem, potem milczeniem. Przez kilka dni nie odbierała moich telefonów. Czułam się jak najgorsza córka świata.
Ale z czasem zaczęło być… lżej. Zaczęłam czytać książki, chodzić na spacery po parku, spotykać się z ludźmi bez poczucia winy. Po raz pierwszy od lat poczułam smak wolności.
Ostatnio mama zadzwoniła:
– Widzę, że już cię nie obchodzę – powiedziała chłodno.
– To nieprawda, mamo. Kocham cię, ale muszę też zadbać o siebie.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
Nie wiem jeszcze jak będzie wyglądać nasza relacja za rok czy dwa. Wiem tylko jedno: nie chcę już żyć cudzym życiem.
Czy można być dobrą córką i jednocześnie być sobą? Czy miłość zawsze musi oznaczać poświęcenie? Czekam na wasze historie i przemyślenia.