Między ciszą a krzykiem: Historia Ewy z Nowej Huty
Obudziłam się z krzykiem. Znowu. Przez chwilę nie wiedziałam, gdzie jestem – czy to jeszcze mój pokój w Nowej Hucie, czy może już tamten szpitalny korytarz, gdzie po raz ostatni trzymałam za rękę mojego syna, Michała. Zegar na ścianie wskazywał wpół do ósmej. W powietrzu unosił się zapach starej kawy i wilgoci, a na komodzie stało zdjęcie Michała z dzieciństwa, jeszcze zanim wszystko się rozpadło.
– Ewa! – usłyszałam głos matki zza drzwi. – Wstawaj, trzeba iść do sklepu, zanim wszystko wykupią!
Nie odpowiedziałam. Od śmierci Michała nie rozmawiałyśmy prawie wcale. Mama obwiniała mnie za to, co się stało. Ja ją. I siebie najbardziej.
Wstałam powoli, jakby każdy ruch był walką z grawitacją. Przeszłam przez korytarz, mijając pokój, w którym kiedyś spał Michał. Drzwi były zamknięte na klucz – matka nie pozwalała mi tam wchodzić. „Za dużo bólu,” mówiła. Ale ja wiedziałam, że to nie ból ją powstrzymuje, tylko wstyd.
W kuchni matka już parzyła herbatę.
– Znowu nie spałaś? – zapytała chłodno.
– Nie twoja sprawa – odburknęłam.
– Gdybyś wtedy była w domu… – zaczęła, ale przerwałam jej gwałtownie.
– Przestań! Ile razy będziesz mi to wypominać?
Zapanowała cisza. Tylko zegar tykał głośniej niż zwykle. W końcu matka wyszła do sklepu, trzaskając drzwiami. Zostałam sama z własnymi myślami i zdjęciem Michała.
Michał miał siedemnaście lat, kiedy odszedł. Był moim jedynym dzieckiem. Jego ojciec zostawił nas, gdy miał trzy lata – wyjechał do Niemiec i nigdy nie wrócił. Michał był wszystkim, co miałam. Był cichy, zamknięty w sobie, ale miał dobre serce. Może za dobre na ten świat.
W tamten dzień wróciłam późno z pracy w piekarni. Michał nie odbierał telefonu. Znalazłam go dopiero rano – leżał na podłodze w swoim pokoju. Puste opakowania po lekach rozsypane wokół niego jak śnieg. List pożegnalny był krótki: „Przepraszam, mamo. Nie umiem już walczyć.” Do dziś nie wiem, przed czym tak naprawdę uciekał.
Po pogrzebie wszystko się zmieniło. Matka przestała ze mną rozmawiać, sąsiedzi patrzyli z litością albo szeptali za plecami. W pracy unikali mnie jak trędowatej. „To ta, której syn…” – słyszałam czasem na zapleczu.
Pewnego dnia zadzwoniła do mnie Anka, dawna przyjaciółka ze szkoły.
– Ewa, musisz wyjść z domu – powiedziała stanowczo. – Spotkajmy się na Plantach.
Nie chciałam iść. Ale coś we mnie pękło – może to była potrzeba rozmowy, może zwykła tęsknota za normalnością.
Na Plantach Anka czekała już z kawą na wynos.
– Wyglądasz okropnie – powiedziała bez ogródek.
– Dzięki – uśmiechnęłam się smutno.
Usiadłyśmy na ławce pod kasztanem.
– Ewa… musisz sobie wybaczyć – zaczęła ostrożnie. – To nie twoja wina.
– Skąd możesz to wiedzieć? – przerwałam jej. – Nie byłaś tu wtedy. Nie widziałaś tego wszystkiego…
– Ale znam cię całe życie. I wiem, że zrobiłaś wszystko, co mogłaś.
Popłakałam się pierwszy raz od miesięcy. Anka objęła mnie mocno i pozwoliła mi płakać tak długo, jak potrzebowałam.
Po powrocie do domu matka czekała na mnie w kuchni.
– Gdzie byłaś? – zapytała podejrzliwie.
– Na spacerze z Anką.
– Powinnaś być tutaj! – podniosła głos. – Dom się sam nie posprząta!
– Mamo, przestań! – wybuchłam nagle. – Przestań mnie obwiniać za wszystko! Michał był też twoim wnukiem! Gdzie byłaś wtedy ty?
Matka spojrzała na mnie z bólem w oczach.
– Myślisz, że mnie to nie boli? Że nie mam wyrzutów sumienia? Każdego dnia pytam siebie: co zrobiłam źle?
Po raz pierwszy od śmierci Michała rozmawiałyśmy szczerze. Obie płakałyśmy długo tej nocy.
Z czasem zaczęłyśmy rozmawiać coraz więcej. O Michału, o przeszłości, o tym, co nas bolało najbardziej. Zrozumiałam wtedy, że żałoba nie jest czymś, co można przeżyć samotnie. Że trzeba dzielić ból, żeby go oswoić.
Minęły dwa lata od śmierci Michała. Wciąż budzę się czasem z krzykiem, ale już nie codziennie. Zaczęłam pracować w bibliotece osiedlowej – książki pomagają mi oddychać spokojniej. Z mamą nadal się kłócimy, ale potrafimy też razem usiąść przy herbacie i wspominać dobre chwile.
Czasami myślę o tym wszystkim i pytam siebie: czy można nauczyć się żyć po takiej stracie? Czy przebaczenie sobie samemu jest możliwe? A może są rany, które nigdy się nie goją?