Niewidzialna Gospodyni: Rozbite Urodziny

Drzwi trzasnęły z hukiem, a ja przez chwilę stałam w kuchni, z nożem do krojenia tortu w dłoni, nie mogąc uwierzyć, że to naprawdę się dzieje. „Marta, co ty wyprawiasz?” – krzyczała teściowa zza ściany, a jej głos odbijał się echem w mojej głowie. „Jak możesz nie zaprosić rodziny na swoje urodziny? Przecież to tradycja!”

Spojrzałam na męża, Pawła, który stał przy oknie i udawał, że nie słyszy. Zawsze tak robił – chował się za gazetą, za komputerem, za ciszą. A ja? Ja byłam tą niewidzialną gospodynią, która co roku piekła trzy ciasta, gotowała rosół dla dwunastu osób i znosiła uwagi o tym, że ziemniaki są za słone, a kawa za słaba.

W tym roku miałam czterdzieści lat. Czterdzieści! I po raz pierwszy odważyłam się powiedzieć: „Nie.” Nie będzie wielkiej imprezy, nie będzie tłumu gości. Chciałam spędzić ten dzień z synem, Antkiem, i z Pawłem – po prostu we troje. Marzyłam o ciszy, o spacerze nad Wisłą, o tym, żeby ktoś zapytał mnie: „Czego TY chcesz?”

Ale zamiast tego dostałam awanturę. Teściowa przyszła bez zaproszenia, z siostrą Pawła i jej dziećmi. Wszyscy stali w przedpokoju, patrząc na mnie jak na wariatkę. „Marto, przecież zawsze tak było!” – jęczała szwagierka. „Dzieci czekały na tort!”

Poczułam, jak łzy napływają mi do oczu. „A ja czekałam na spokój,” wyszeptałam. Nikt nie usłyszał. Paweł w końcu podszedł do mnie i powiedział cicho: „Może jednak… może zrobimy wyjątek? Dla mamy?”

Zamknęłam oczy. Przez chwilę widziałam siebie sprzed lat – młodą dziewczynę z marzeniami o podróżach, o własnej kawiarni, o życiu pełnym pasji. Gdzie ona się podziała? Kiedy zamieniłam się w kobietę, która boi się własnych pragnień?

„Nie,” odpowiedziałam stanowczo. „Nie chcę dziś nikogo poza wami.”

Wtedy teściowa wybuchła płaczem. „Tyle dla was robię! Zawsze mogłaś na mnie liczyć! A teraz nawet nie mogę być na twoich urodzinach?”

Szwagierka zaczęła zbierać dzieci. Paweł patrzył na mnie z wyrzutem. Antek schował się za moją spódnicą i ścisnął mnie za rękę.

Gdy drzwi zamknęły się za nimi, w domu zapadła cisza tak gęsta, że aż bolało. Paweł odwrócił się do mnie plecami i poszedł do sypialni bez słowa. Zostałam sama w kuchni, z tortem i świeczkami, które miały być symbolem radości.

Usiadłam przy stole i zaczęłam płakać. Nie cicho – głośno, szlochając jak dziecko. Antek przyszedł do mnie i objął mnie ramionami.

– Mamo, nie płacz – powiedział cicho. – Ja jestem z tobą.

Przytuliłam go mocno. Wtedy poczułam coś dziwnego – ulgę pomieszaną z bólem. Ulgę, że wreszcie postawiłam na swoim. Ból, bo wiedziałam, że coś się skończyło.

Wieczorem Paweł wrócił do kuchni. Usiadł naprzeciwko mnie i przez chwilę milczeliśmy.

– Wiesz – zaczął w końcu – mama jest bardzo zraniona.

– A ja? – przerwałam mu ostro. – Czy ktoś kiedyś pomyślał o mnie?

Spojrzał na mnie bezradnie.

– Nie chciałem kłótni… Po prostu… zawsze tak było.

– Ale ja już nie chcę tak żyć – powiedziałam cicho.

Następne dni były trudne. Teściowa przestała dzwonić. Szwagierka napisała mi wiadomość: „Nie poznaję cię.” Paweł chodził zamyślony i coraz częściej zostawał dłużej w pracy.

Zaczęłam się zastanawiać: czy naprawdę zrobiłam coś złego? Czy moje pragnienie spokoju jest egoizmem? Czy kobieta ma prawo powiedzieć „dość”?

Pewnego wieczoru usiadłam z Antkiem przy stole i zapytałam:

– Jak myślisz, czy mama powinna zawsze robić to, czego chcą inni?

Antek spojrzał na mnie poważnie.

– Myślę, że mama powinna czasem zrobić coś dla siebie.

Uśmiechnęłam się przez łzy.

Minęły tygodnie. Relacje z rodziną Pawła ochłodziły się na dobre. Paweł coraz częściej milczał podczas kolacji. Czułam się samotna jak nigdy wcześniej.

Ale pewnego dnia obudziłam się z myślą: jestem wolna. Po raz pierwszy od lat nie muszę udawać kogoś innego.

Zadzwoniłam do starej przyjaciółki, Magdy.

– Marta! Co za niespodzianka! – krzyknęła do słuchawki.

Opowiedziałam jej wszystko. Słuchała uważnie.

– Wiesz co? Jestem z ciebie dumna – powiedziała na koniec. – Może czas pomyśleć o sobie?

Zaczęłam chodzić na spacery nad Wisłę. Zapisałam się na kurs pieczenia chleba – coś tylko dla siebie. Powoli odzyskiwałam siebie sprzed lat.

Paweł patrzył na mnie coraz dziwniej.

– Zmieniłaś się – powiedział pewnego wieczoru.

– Tak – odpowiedziałam spokojnie. – I nie zamierzam wracać do dawnej siebie.

Nie wiem, co będzie dalej z naszym małżeństwem. Ale wiem jedno: już nigdy nie pozwolę sobie odebrać własnych urodzin.

Czy naprawdę trzeba poświęcać siebie dla innych? A może czasem warto być egoistką… by w końcu poczuć się szczęśliwą?