Kiedy serce nie potrafi wybaczyć: Moja ucieczka z niemowlęciem i walka o siebie
— Magda, znowu przesadzasz. — Głos Pawła odbijał się echem od ścian naszej kuchni, tej samej, w której jeszcze kilka lat temu śmialiśmy się do łez, gotując razem makaron na kolację. Teraz jego słowa były jak zimny prysznic, a ja stałam przy zlewie, trzymając w ramionach naszego ośmiomiesięcznego synka, Stasia. Czułam, jak łzy napływają mi do oczu, ale nie pozwoliłam im spłynąć. Nie przy nim. Nie chciałam dać mu tej satysfakcji.
— Przesadzam? — powtórzyłam cicho, próbując opanować drżenie głosu. — Proszę cię tylko o chwilę rozmowy. O to, żebyś spojrzał na mnie jak kiedyś. Żebyś był… obecny.
Paweł wzruszył ramionami, nawet na mnie nie patrząc. Wziął kubek z kawą i wyszedł do salonu, zostawiając mnie samą z moją rozpaczą i dzieckiem na rękach. Staś zaczął marudzić, więc przytuliłam go mocniej. W tamtej chwili poczułam się tak samotna, jak nigdy wcześniej.
To nie była jedna kłótnia. To był finał miesięcy, a może nawet lat narastającej obojętności. Paweł coraz częściej wracał późno z pracy, coraz rzadziej pytał, jak się czuję. Kiedyś był moim najlepszym przyjacielem, teraz był tylko współlokatorem. Próbowałam rozmawiać, prosić o bliskość, o czułość, ale za każdym razem słyszałam tylko: „Przesadzasz”, „Wymyślasz”, „Nie mam teraz głowy”.
Najgorsze było to poczucie winy. Może rzeczywiście przesadzam? Może jestem zbyt wymagająca? Przecież mamy dziecko, on pracuje ciężko, żeby nam niczego nie brakowało… Ale czy to wystarcza? Czy to jest życie?
Pamiętam noc, kiedy podjęłam decyzję. Staś spał w swoim łóżeczku, a ja siedziałam na podłodze w łazience i płakałam w ciszy, żeby go nie obudzić. Wtedy po raz pierwszy pomyślałam: „Muszę odejść”. Bałam się tej myśli bardziej niż czegokolwiek innego. Bałam się samotności, opinii rodziny, tego, że nie dam sobie rady finansowo. Ale jeszcze bardziej bałam się tego, że jeśli zostanę, stracę samą siebie.
Następnego dnia zadzwoniłam do mojej siostry, Ani. — Magda, przyjedź do mnie — powiedziała bez wahania. — Zawsze możesz na mnie liczyć.
Pakowałam rzeczy w pośpiechu. Każda para dziecięcych śpioszków była jak cios w serce. To nie tak miało wyglądać moje życie. Chciałam rodziny, chciałam miłości… Ale nie za cenę własnej godności.
Paweł wrócił wcześniej niż zwykle. Zobaczył walizki i od razu zrozumiał.
— Co ty wyprawiasz? — zapytał zimno.
— Odchodzę — odpowiedziałam cicho. — Nie mogę już tak żyć.
— Przecież nic się nie stało! — krzyknął. — Masz wszystko! Dom, dziecko… Co ci jeszcze potrzeba?
— Ciebie — wyszeptałam. — Ale ciebie już dawno tu nie ma.
Nie zatrzymał mnie. Nawet nie próbował.
U Ani było ciasno i głośno – jej dwójka dzieci biegała po mieszkaniu jak szalona – ale czułam się tam bezpieczna. Pierwsze dni były najtrudniejsze. Staś płakał częściej niż zwykle, a ja miałam wrażenie, że każdy patrzy na mnie z litością albo potępieniem. Mama zadzwoniła po tygodniu:
— Magda, wracaj do domu. Małżeństwo to nie zabawa.
— Mamo, ja już próbowałam wszystkiego — odpowiedziałam drżącym głosem. — Nie chcę żyć w kłamstwie.
— A Staś? Myślisz o nim?
Myślę o nim cały czas – chciałam krzyknąć – dlatego właśnie odchodzę!
Znalazłam pracę w pobliskiej kawiarni. Nie była to praca marzeń – zmiany po dziesięć godzin na nogach, czasem niemiłe klientki i szefowa wymagająca jak generał – ale dawała mi poczucie niezależności. Każda wypłata była małym zwycięstwem.
Wieczorami siadałam przy łóżeczku Stasia i opowiadałam mu bajki szeptem. Czasem płakałam razem z nim – ze zmęczenia, ze strachu przed przyszłością, z żalu za tym wszystkim, co straciłam.
Paweł dzwonił rzadko. Najczęściej po to, żeby zapytać o Stasia albo przypomnieć mi o alimentach. Nigdy nie zapytał: „Jak się czujesz?”. Nigdy nie powiedział: „Tęsknię”.
Najtrudniejsze były weekendy. Wtedy widywał się z synem – odbierał go spod bloku Ani i odprowadzał po kilku godzinach. Staś wracał rozdrażniony i płaczliwy; ja przez cały ten czas czułam się rozdarta na pół.
Pewnego dnia spotkałam na placu zabaw sąsiadkę z dawnego bloku.
— Magda! Co u was? Słyszałam… No wiesz… — zawahała się.
— Tak, rozstaliśmy się — powiedziałam spokojnie.
Patrzyła na mnie przez chwilę z mieszaniną współczucia i ciekawości.
— Odważna jesteś — powiedziała w końcu cicho.
Czy byłam odważna? Czułam się raczej jak rozbita skorupa niż bohaterka własnej historii.
Minęły miesiące. Nauczyłam się żyć na nowo – sama ze sobą i dla siebie. Zaczęłam chodzić na terapię; powoli odzyskiwałam pewność siebie i wiarę w to, że zasługuję na coś więcej niż chłód i obojętność.
Czasem łapię się na tym, że tęsknię za tymi dobrymi chwilami z Pawłem – za jego żartami przy śniadaniu, za wspólnymi spacerami po Plantach w Krakowie jesienią… Ale wiem już, że nie mogę budować życia na wspomnieniach.
Dziś patrzę na Stasia i widzę w jego oczach nadzieję – dla niego chcę być silna i szczęśliwa. Dla siebie też.
Czasem zastanawiam się: ile kobiet tkwi latami w podobnych relacjach tylko dlatego, że boją się zrobić pierwszy krok? Czy naprawdę musimy wybierać między własnym szczęściem a pozorami bezpieczeństwa? Może czas przestać się bać i zacząć żyć naprawdę?