„Przywieź dzieci, ale portfela nie zapomnij”: Rodzinne sekrety pod starą jabłonią w Radomiu
– Anka, tylko nie zapomnij portfela! – głos mamy przeszył mnie jak igła, zanim jeszcze zdążyłam odpowiedzieć na jej wcześniejszą wiadomość. Stałam w kuchni, patrząc przez okno na szare bloki Radomia, a w środku aż się gotowało.
– Mamo, przecież nie jadę do was po to, żeby płacić za wszystko – odpowiedziałam cicho, ale ona już się rozłączyła. Znowu. Jak zawsze.
To miało być zwykłe letnie popołudnie. Miałam przywieźć dzieci do dziadków na wieś pod Radomiem – do domu, w którym dorastałam, gdzie jabłoń w ogrodzie pamiętała jeszcze czasy mojego dzieciństwa. Ale od kilku lat każda taka wizyta była jak pole minowe. Mama z tatą coraz częściej wspominali o pieniądzach, o tym, jak ciężko im się żyje na emeryturze. A ja? Ja miałam swoje życie: dwójkę dzieci, kredyt na mieszkanie i męża, który coraz częściej wracał do domu po cichu, żeby nie słyszeć moich narzekań.
– Mamo, a będzie ciasto? – zapytała Zosia, moja siedmioletnia córka, kiedy pakowałam torby do samochodu.
– Pewnie będzie – odpowiedziałam z wymuszonym uśmiechem. – Babcia zawsze piecze ciasto.
Ale wiedziałam, że to ciasto będzie miało smak goryczy.
Droga do rodziców była jak zawsze pełna wspomnień. Mijaliśmy stare przystanki PKS-u, pola rzepaku i domy z czerwonej cegły. Dzieci kłóciły się o tablet, a ja myślałam tylko o tym, co mnie czeka.
Kiedy weszliśmy do ogrodu, mama już czekała pod jabłonią. Uśmiechnięta, ale z tym cieniem w oczach, który pojawiał się zawsze, gdy patrzyła na mnie z ukosa.
– No chodźcie, chodźcie! – zawołała. – Tylko zdejmijcie buty, bo naniesiecie piachu!
Tata siedział na ławce i patrzył gdzieś w dal. Odkąd przeszedł na emeryturę, jakby wyblakł. Często mówił o dawnych czasach: o pracy w Fabryce Broni, o tym, jak ciężko było wszystko zdobyć za komuny. Ale dziś milczał.
– Anka, masz może drobne? Muszę zapłacić za prąd – rzuciła mama niby od niechcenia, kiedy dzieci pobiegły do ogrodu.
– Mamo…
– No co? Przecież wiesz, jak jest. Twój brat nie daje ani grosza! Tylko ty nam pomagasz.
Mój brat Paweł od lat mieszkał w Warszawie. Rzadko przyjeżdżał. Zawsze miał wymówkę: praca, dzieci, żona. Mama nigdy mu tego nie wybaczyła.
– Może zadzwonisz do Pawła? – zaproponowałam ostrożnie.
Mama spojrzała na mnie tak, jakby chciała mnie uderzyć wzrokiem.
– On? On nawet nie odbiera telefonu! Ty przynajmniej jesteś tutaj.
Zacisnęłam pięści. Zawsze byłam tą „od wszystkiego”. Tą dobrą córką. Tą, która nigdy nie miała prawa do własnych problemów.
Wieczorem usiedliśmy wszyscy pod jabłonią. Dzieci biegały wokół drzewa, śmiejąc się i rzucając jabłkami do siebie. Mama kroiła szarlotkę i patrzyła na mnie z oczekiwaniem.
– Anka…
– Tak?
– Może byś została na noc? Pomogłabyś mi trochę w domu. Tata już nie daje rady z ogrodem.
Spojrzałam na męża. Michał wzruszył ramionami i spojrzał w telefon.
– Nie wiem… Muszę wracać do pracy jutro rano…
– Praca! Praca! – mama podniosła głos. – A kto nam pomoże? Kto się nami zajmie?
Tata nagle się odezwał:
– Daj spokój, Hanka. Dzieci mają swoje życie.
– Swoje życie? – mama spojrzała na niego z wyrzutem. – A my co? My już się nie liczymy?
Zrobiło się cicho. Słychać było tylko szum liści i śmiech dzieci.
Wtedy Paweł zadzwonił. Mama odebrała od razu.
– No wreszcie! – krzyknęła do słuchawki. – Wiesz chociaż, że mamy rachunki do zapłacenia?
Nie słyszałam odpowiedzi Pawła, ale widziałam jak mama zaciska usta i jej oczy robią się mokre.
– Tak? No to świetnie! – rzuciła i rozłączyła się gwałtownie.
Wstała i poszła do domu bez słowa.
Zostałam sama z tatą pod jabłonią.
– Wiesz… – zaczął cicho – Twoja mama boi się starości bardziej niż śmierci. Boimy się być dla was ciężarem.
Poczułam łzy pod powiekami. Przypomniałam sobie wszystkie te lata, kiedy byłam dzieckiem i wydawało mi się, że moi rodzice są niezniszczalni. Teraz byli starzy i zmęczeni. A ja? Ja byłam rozdarta między własnym życiem a ich oczekiwaniami.
W nocy nie mogłam spać. Słyszałam przez cienką ścianę rozmowę rodziców:
– Ona nas zostawi…
– Nie zostawi…
– Zostawi…
Rano mama była chłodna i milcząca. Zrobiła śniadanie i podała mi kopertę.
– Tu są rachunki za prąd i wodę. Jak możesz, to zapłać chociaż część.
Zawahałam się. Miałam swoje wydatki. Ale widziałam jej oczy – pełne dumy i rozpaczy jednocześnie.
Zapłaciłam wszystko.
Kiedy wychodziliśmy z dziećmi do samochodu, mama stała w progu i patrzyła za nami długo. Tata tylko pomachał ręką.
W drodze powrotnej dzieci zasnęły od razu. Michał prowadził w milczeniu.
– Wiesz… – odezwał się nagle – Może powinniśmy im pomóc częściej?
Poczułam złość i bezsilność jednocześnie.
– A kto nam pomoże?
Nie odpowiedział.
Od tamtego lata minęło kilka lat. Mama coraz rzadziej dzwoni. Tata choruje coraz częściej. Paweł przyjechał raz – na pogrzeb ciotki – i znowu zniknął w swoim świecie.
Czasem wracam myślami pod tę jabłoń i zastanawiam się: czy naprawdę potrafimy być wobec siebie szczerzy? Czy rodzina to tylko obowiązek i rachunki do zapłacenia? A może coś więcej?
Może Wy wiecie? Jak rozmawiać z bliskimi o tym, co naprawdę boli?