Ta noc, kiedy wyrzuciłam syna i synową za drzwi – granica, której nie chciałam już przekraczać

— Mamo, przestań dramatyzować. To tylko kilka dni — powiedział Paweł, stojąc w progu kuchni, jakby to on był tu gospodarzem.

Wtedy właśnie poczułam, jak coś we mnie pęka. Nie tak głośno, jak w filmach, bez efektów specjalnych. Raczej jak cienka nitka, która trzymała mnie w całości przez ostatnie miesiące. Stałam przy zlewie, w rękach miałam mokrą ściereczkę, a na blacie leżał rachunek za prąd z czerwonym stemplem „PILNE”. W mieszkaniu pachniało smażoną cebulą i tanim płynem do podłóg, a w salonie telewizor grał za głośno, bo Karolina znowu zasnęła z pilotem w ręku.

— Kilka dni? — powtórzyłam cicho. — Paweł, wy jesteście u mnie od trzech miesięcy.

Karolina podniosła głowę znad telefonu, nawet nie udając, że słuchała. Miała na sobie mój stary szlafrok, ten w kwiaty, który kupiłam kiedyś na targu w Radomiu, bo był „ciepły i porządny”. Teraz wyglądał na niej jak rekwizyt, jakby chciała mi pokazać, że w tym domu wszystko jest do wzięcia.

— Bo nie mieliśmy wyjścia — rzuciła. — A ty ciągle tylko: rachunki, rachunki. Jakbyś nie wiedziała, ile teraz wszystko kosztuje.

Wiedziałam. Wiedziałam aż za dobrze. Moja emerytura była jak cienki koc w zimie: niby przykrywa, ale i tak marzniesz. A oni przyszli do mnie z walizkami, z pretensjami, z głośnym śmiechem i z przekonaniem, że matka zawsze „jakoś da radę”.

Tamtej nocy nie zaczęło się od wielkiej awantury. Zaczęło się od drobiazgu, jak zwykle. Od tego, że zniknęły pieniądze z koperty, którą trzymałam w szufladzie na „leki i niespodzianki”. Dwieście złotych. Dla kogoś to nic, dla mnie to był tydzień spokojniejszego oddychania.

— Paweł, widziałeś moją kopertę? — zapytałam, starając się brzmieć normalnie.

On nawet nie spojrzał mi w oczy.

— Jaką kopertę?

— Tę z pieniędzmi. W szufladzie, pod ściereczkami.

Karolina prychnęła.

— Może ci się pomyliło. Albo wydałaś i zapomniałaś. W twoim wieku… — urwała, ale to „w twoim wieku” zawisło w powietrzu jak policzek.

W moim wieku. Pięćdziesiąt osiem lat. Nie byłam jeszcze staruszką, ale czułam się jak ktoś, kogo można przesuwać po planszy, bo i tak nie ma już swoich ruchów.

— Nie pomyliło mi się — powiedziałam. — I nie zapomniałam.

Paweł w końcu podniósł wzrok. Miał w nim coś, czego nie znałam z czasów, kiedy był chłopcem. Wtedy jego oczy były jasne, ufne. Teraz były zmęczone i twarde.

— Mamo, serio? Oskarżasz nas o kradzież?

— Pytam — odpowiedziałam. — Bo zniknęły.

Karolina wstała, przeciągnęła się ostentacyjnie i podeszła do lodówki. Otworzyła ją, jakby sprawdzała, czy przypadkiem nie schowałam tam jej cierpliwości.

— Wiesz co, ja mam dość tego domu — powiedziała. — Tu jest wiecznie napięcie. Człowiek nie może się poczuć jak u siebie.

„Jak u siebie”. To zdanie uderzyło mnie najmocniej. Bo ja od miesięcy nie czułam się jak u siebie we własnym mieszkaniu.

Kiedy Paweł zadzwonił do mnie pierwszy raz, płakał. Pamiętam, bo stałam wtedy na przystanku, wracałam z przychodni, w ręku trzymałam skierowanie na badania tarczycy. Był listopad, wiatr wciskał się pod kurtkę.

— Mamo, możemy przyjechać na chwilę? — zapytał. — Tylko na moment, dopóki nie ogarniemy.

„Ogarniemy” znaczyło: stracili mieszkanie, bo Paweł przestał płacić czynsz, bo „firma mu nie zapłaciła”, bo „Karolina miała gorszy okres”, bo „wszyscy teraz mają ciężko”. Nie pytałam wtedy o szczegóły. Matka nie pyta, kiedy słyszy w głosie syna wstyd.

Przyjechali z dwoma walizkami i kartonem, w którym były ich kubki, jakieś zdjęcia i ekspres do kawy. Ekspres postawili na moim blacie, jakby to był ich sztandar.

— Mamo, to tylko na chwilę — powtarzał Paweł, całując mnie w policzek.

Karolina uśmiechnęła się, ale jej uśmiech był jak cienka folia: błyszczał, a nic nie grzał.

Pierwszy tydzień był nawet znośny. Gotowałam rosół, oni mówili „dziękujemy”, Paweł obiecywał, że zaraz znajdzie pracę. Karolina sprzątała raz, demonstracyjnie, jakby robiła mi przysługę życia. Potem zaczęły się drobne przesunięcia granic.

Najpierw zajęli mój pokój. „Bo tam jest większe łóżko, mamo, a ty możesz spać w małym, przecież ci wszystko jedno.” Nie było mi wszystko jedno, ale powiedziałam sobie: to tylko na chwilę.

Potem zaczęli zapraszać znajomych. W piątek wieczorem, kiedy ja chciałam obejrzeć serial i położyć się wcześniej, w salonie siedziała trójka ludzi, śmiali się, pili piwo, a Karolina mówiła głośno:

— No co, przecież to normalne, że młodzi mają życie.

Młodzi. Jakby ja byłam meblem.

Najgorsze było to, że Paweł przestał być moim Pawłem. Zaczęłam widzieć, jak Karolina nim steruje. Nie w sposób teatralny, nie jak w telenoweli. Raczej drobnymi zdaniami, spojrzeniami, westchnieniami.

— Paweł, powiedz jej — mówiła, kiedy prosiłam, żeby nie zostawiali brudnych naczyń.

A on mówił:

— Mamo, daj spokój, przecież umyjemy.

Tylko że nie myli.

W styczniu przyszło pismo z administracji o zaległościach. Nie moich. Ich. Bo Paweł, „żeby było łatwiej”, podał mój adres do jakichś spraw, a potem przestał odbierać listy. Zaczęły przychodzić ponaglenia, a ja czułam, jak wstyd wpełza mi pod skórę. Bałam się, że sąsiedzi zobaczą koperty z czerwonymi paskami.

— Paweł, co to jest? — zapytałam, trzymając pismo w ręku.

— Nic, mamo, ogarnę — odpowiedział, nawet nie czytając.

„Ogarnę”. To słowo stało się w moim domu jak zaklęcie, które niczego nie zmienia.

A potem była ta koperta.

Kiedy zniknęły pieniądze, poczułam, że to już nie jest tylko bałagan, nie jest tylko brak wdzięczności. To było przekroczenie czegoś, co we mnie było święte: poczucia bezpieczeństwa.

— Mamo, może ty je schowałaś gdzie indziej — Paweł próbował jeszcze łagodzić.

— Nie — powiedziałam. — I nie będę udawać, że nie widzę, co się dzieje.

Karolina trzasnęła lodówką.

— O, zaczyna się. Zawsze to samo. Ty jesteś ofiarą, a my jesteśmy źli. A może ty po prostu nie umiesz żyć z ludźmi? Może dlatego jesteś sama.

To było jak nóż. Bo byłam sama. Od kiedy Marek odszedł. Nie umarł — odszedł. Po dwudziestu latach małżeństwa spakował torbę i powiedział:

— Iwona, ja już nie mogę. Ty tylko praca, dom, Paweł. Ja się tu duszę.

Wtedy też myślałam, że miłość wszystko zniesie. Że jak się zacisnę zęby, to przetrwam. A potem zostałam z ciszą w mieszkaniu i z synem, który rósł, a ja robiłam wszystko, żeby mu niczego nie brakowało.

Karolina wiedziała, gdzie uderzyć.

— Wyjdź — powiedziałam nagle.

Paweł zmarszczył brwi.

— Co?

— Wyjdźcie. Oboje.

W kuchni zrobiło się tak cicho, że słyszałam, jak kapie woda z kranu. Telewizor w salonie dalej gadał, ale jakby z innego świata.

— Mamo, ty nie możesz… — zaczął Paweł.

— Mogę — przerwałam. — To jest moje mieszkanie. Moje. Ja tu płacę rachunki. Ja tu sprzątam po was. Ja tu się boję otworzyć szufladę.

Karolina zaśmiała się krótko.

— No proszę, jaka odważna.

— Nie jestem odważna — powiedziałam, czując, jak łzy napływają mi do oczu, ale nie pozwoliłam im spaść. — Jestem zmęczona.

Paweł zrobił krok w moją stronę.

— Mamo, uspokój się. Porozmawiamy jutro.

— Nie — odpowiedziałam. — Jutro znowu powiesz „ogarnę”, a ja znowu będę udawać, że wierzę. Nie chcę już tak.

Wtedy Paweł podniósł głos.

— To co mam zrobić?! Nie mamy gdzie iść!

To było prawdziwe. I właśnie dlatego bolało najbardziej. Bo w tym krzyku było dziecko, które kiedyś bało się ciemności i przychodziło do mnie w nocy.

— Paweł… — zaczęłam, ale Karolina weszła mi w słowo.

— Nie udawaj teraz świętej matki — syknęła. — Jakbyś nie czekała na moment, żeby nam to wypomnieć.

Poczułam, jak coś we mnie się prostuje. Jak kręgosłup, który długo był zgięty.

— Macie godzinę — powiedziałam. — Spakujcie się.

— Ty nas wyrzucasz w nocy? — Paweł patrzył na mnie, jakbym była obcą kobietą.

— Tak — odpowiedziałam. — Bo w dzień zawsze znajdzie się powód, żeby to odłożyć.

Poszli do pokoju. Słyszałam szuranie walizek, trzask szuflad. Karolina mówiła coś szybko, ostro, a Paweł odpowiadał ciszej. W pewnym momencie usłyszałam:

— To twoja wina — powiedziała Karolina.

A Paweł:

— Przestań.

Stałam w przedpokoju i patrzyłam na swoje buty. Stare, zniszczone. Pomyślałam, że całe życie chodziłam w takich butach: trochę za ciasnych, trochę za ciężkich, ale „jeszcze dobre”.

Kiedy wyszli, Paweł zatrzymał się przy drzwiach.

— Mamo… — powiedział, a w jego głosie było coś, co mogło być prośbą albo groźbą. — Ty tego pożałujesz.

— Może — odpowiedziałam. — Ale bardziej bym żałowała, gdybym została w tym wszystkim i przestała siebie szanować.

Karolina minęła mnie, nawet nie spojrzała. Pachniała moim płynem do prania.

Paweł jeszcze raz spojrzał mi w oczy.

— Kochasz mnie w ogóle? — zapytał.

To pytanie rozdarło mnie na pół.

— Kocham — powiedziałam. — Dlatego nie pozwolę ci się stoczyć w coś, co niszczy innych. I dlatego nie pozwolę, żebyś niszczył mnie.

Zamknęłam drzwi. Przekręciłam zamek. Oparłam się plecami o chłodne drewno i dopiero wtedy łzy popłynęły. Nie takie ciche, eleganckie. To był płacz, który wychodzi z brzucha, z lat zaciskania zębów.

W nocy nie spałam. Siedziałam w kuchni, piłam herbatę, która dawno wystygła. Patrzyłam na rachunek za prąd i na pustą szufladę. W głowie miałam obrazy: Paweł jako mały chłopiec w czapce z pomponem, Paweł na studniówce, Paweł, który pierwszy raz przyprowadził Karolinę i powiedział:

— Mamo, ona jest inna. Ona mnie rozumie.

A ja wtedy chciałam tylko, żeby był szczęśliwy.

Rano zadzwoniła do mnie sąsiadka, Basia.

— Iwona, wszystko w porządku? — zapytała ostrożnie. — Bo słyszałam w nocy jakieś krzyki.

— W porządku — skłamałam.

— Dziecko, ty nie musisz wszystkiego dźwigać sama — powiedziała. — Jak trzeba, to trzeba.

Po południu zadzwonił Paweł. Nie odebrałam od razu. Patrzyłam na telefon, jakby to była bomba.

Kiedy w końcu nacisnęłam zieloną słuchawkę, usłyszałam jego oddech.

— Mamo — powiedział cicho. — Jesteśmy u kolegi. Karolina… ona jest wściekła. Ja… ja nie wiem, co robić.

— Zacznij od prawdy — odpowiedziałam. — Czy wzięliście te pieniądze?

Długa cisza.

— Ja wziąłem — powiedział w końcu. — Chciałem oddać. Przysięgam. Tylko… tylko nie umiałem ci powiedzieć.

Zamknęłam oczy. Poczułam ulgę i ból jednocześnie. Ulgę, bo nie zwariowałam. Ból, bo to jednak było prawdą.

— Paweł, ja cię nie wyrzuciłam, bo nie chcę cię w życiu — powiedziałam. — Ja cię wyrzuciłam, bo nie chcę takiego życia.

— A Karolina? — zapytał.

— To twoja żona — odpowiedziałam. — Ale ja nie będę już twoim schronem, jeśli w tym schronie mam być tratowana jak powietrze.

Po rozmowie długo siedziałam w ciszy. W mieszkaniu było dziwnie pusto, ale też… lżej. Jakby ktoś w końcu otworzył okno.

Nie wiem, co będzie dalej. Może Paweł się obrazi na lata. Może wróci i przeprosi. Może Karolina nigdy mi nie wybaczy, a może ja nigdy nie wybaczę jej. Wiem tylko, że tamtej nocy po raz pierwszy od dawna zrobiłam coś dla siebie.

I teraz pytam was, bo sama nie mam pewności: czy matka ma prawo zamknąć drzwi przed własnym dzieckiem, jeśli to jedyny sposób, żeby ocalić resztki godności? Czy miłość naprawdę musi oznaczać zgodę na wszystko?