Szalik, którego nie chciała – historia o darze, który nie znalazł uznania

— Naprawdę myślisz, że to się spodoba Magdzie? — zapytała mnie sąsiadka, kiedy pokazywałam jej skończony szalik. Był ciepły, miękki, w odcieniach szarości i błękitu, zrobiony z włóczki, którą kupiłam na promocji w osiedlowym sklepie. Przez kilka wieczorów dziergałam go przy lampce, myśląc o tym, jak Magda, żona mojego wnuka Pawła, będzie go nosić zimą. Chciałam, żeby poczuła się częścią rodziny, żeby wiedziała, że ją akceptuję i lubię.

Odkąd przeszłam na emeryturę, muszę liczyć się z każdym groszem. Moja renta nie jest wysoka, a ceny wszystkiego rosną szybciej, niż jestem w stanie nadążyć. Zawsze byłam oszczędna, nauczyłam się tego jeszcze za komuny, kiedy trzeba było kombinować, żeby wystarczyło na wszystko. Teraz, kiedy zdrowie już nie to, a lekarze i leki kosztują, każda złotówka ma znaczenie. Ale przecież nie mogłam przyjść na urodziny Magdy z pustymi rękami.

Pamiętam, jak Paweł przyprowadził ją pierwszy raz do naszego mieszkania. Była cicha, trochę nieśmiała, ale z błyskiem w oku. Wnuk był w niej zakochany po uszy. Od razu poczułam, że to dziewczyna z charakterem. Chciałam, żebyśmy się polubiły. Może dlatego tak bardzo się starałam z tym szalikiem.

W dniu jej urodzin wstałam wcześnie, żeby upiec drożdżowe ciasto. Włożyłam szalik do papierowej torebki, przewiązałam wstążką. Wnuk z Magdą przyszli punktualnie, jak zawsze. Paweł przytulił mnie na powitanie, Magda uśmiechnęła się lekko, ale widziałam, że jest trochę spięta. Może to przez te nasze różnice pokoleniowe? Może przez to, że nie zawsze rozumiem jej świat?

Po obiedzie przyszła pora na prezenty. Paweł wręczył jej piękną bransoletkę, a ja podałam jej swoją torebkę. — To dla ciebie, Magdo. Sama zrobiłam — powiedziałam z dumą. Magda otworzyła paczkę, wyjęła szalik i przez chwilę patrzyła na niego bez słowa. — Dziękuję — powiedziała cicho, ale jej uśmiech był wymuszony. — Sama zrobiłaś? — zapytała, jakby nie dowierzała. — Tak, wieczorami, żebyś miała coś ciepłego na zimę — odpowiedziałam. — To bardzo… miłe — powiedziała, ale odłożyła szalik na bok i już do niego nie wróciła.

Przez resztę wieczoru rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym, ale czułam, że coś jest nie tak. Magda była zamyślona, Paweł próbował rozładować atmosferę żartami. Po ich wyjściu długo siedziałam w fotelu, patrząc na pustą filiżankę. Czy zrobiłam coś nie tak? Może szalik był za prosty, za zwyczajny? Może młodzi wolą teraz markowe rzeczy, a nie rękodzieło starej babci?

Kilka dni później spotkałam Magdę przypadkiem na przystanku. Miała na sobie modny płaszcz, elegancką torebkę, ale szalika mojego nie było. — Cześć Magdo, jak tam? — zagadnęłam. — Dobrze, wszystko w porządku — odpowiedziała, ale nie patrzyła mi w oczy. — Szalik ci nie pasuje? — zapytałam wprost, bo nie umiem owijać w bawełnę. — Jest bardzo ładny, naprawdę, ale… mam już kilka innych, a ten trochę gryzie — powiedziała, próbując się uśmiechnąć. — Rozumiem — odpowiedziałam, choć poczułam ukłucie w sercu. — Może oddaj go komuś, komu się przyda — dodałam, żeby nie robić jej przykrości.

Wróciłam do domu i długo myślałam o tej rozmowie. Przypomniały mi się czasy, kiedy sama byłam młoda i dostawałam od mamy swetry, które nie zawsze mi się podobały. Ale wtedy nie było wyboru, brało się, co było. Teraz młodzi mają wszystko, mogą kupić, co chcą. Może nie rozumieją, ile serca można włożyć w taki drobiazg?

Wieczorem zadzwonił Paweł. — Babciu, nie przejmuj się, Magda po prostu nie lubi wełnianych rzeczy, ma wrażliwą skórę. Bardzo docenia twój gest, tylko nie umie tego okazać. — Wiem, Pawle, ale czasem mam wrażenie, że nie pasuję już do waszego świata — odpowiedziałam. — Nie mów tak, babciu. Jesteś dla nas ważna. Magda po prostu jest inna, wychowała się w innych czasach. — Może masz rację — westchnęłam. — Ale czasem trudno mi się w tym wszystkim odnaleźć.

Od tamtej pory rzadziej widuję Magdę. Paweł wpada czasem sam, przynosi zakupy, pomaga mi z komputerem. Magda zawsze jest zajęta, praca, kursy, znajomi. Czasem myślę, że to ja powinnam się bardziej postarać, znaleźć z nią wspólny język. Ale potem przypominam sobie, jak bardzo się starałam z tym szalikiem, i znowu czuję żal.

Ostatnio na osiedlu spotkałam sąsiadkę, która powiedziała, że widziała Magdę w kawiarni z koleżankami. Miała na sobie nowy, markowy szalik. — Młodzi teraz wszystko muszą mieć najlepsze, modne, z metką — skomentowała sąsiadka. — Może i tak — odpowiedziałam, ale w środku czułam się jeszcze bardziej samotna.

Czasem zastanawiam się, czy to ja jestem zbyt staroświecka, czy to świat się tak zmienił. Czy naprawdę liczy się tylko to, co drogie i modne? Czy nie ma już miejsca na proste gesty, na rzeczy zrobione z serca? Może powinnam przestać się starać, przestać robić prezenty, skoro i tak nie są doceniane?

A może to ja powinnam się zmienić, nauczyć się rozumieć młodych, ich potrzeby, ich świat? Może powinnam zapytać Magdę, co naprawdę lubi, zamiast narzucać jej swoje pomysły? Ale czy wtedy nie stracę siebie?

Siedzę wieczorem w fotelu, patrzę na druty i resztki włóczki. Może zrobię szalik dla kogoś innego, komu się przyda. Może są jeszcze ludzie, którzy potrafią docenić prosty gest. A może to ja muszę nauczyć się odpuszczać i nie oczekiwać wdzięczności za wszystko, co robię?

Czy naprawdę tak trudno jest znaleźć wspólny język między pokoleniami? Czy to ja jestem zbyt wrażliwa, czy świat stał się zbyt obojętny? Może warto czasem po prostu zapytać drugiego człowieka, czego potrzebuje, zamiast zakładać, że wiemy to najlepiej?