Idąc jego śladami Drogą ojca

— Krzysiu, no co z tobą? Spójrz tylko… polski jedynka, matematyka pała, a z lekcji WOS-u w ogóle uciekłeś! Dlaczego się nie uczysz i ciągle wagaryzujesz? Co ja mam z tobą zrobić, ty niedorajdo! — Ewa mówiła szybko, jakby każde słowo miało zatrzymać coś, co już się sypało. Kartki dziennika trzepotały w jej dłoniach.

Stałem w progu kuchni w kurtce, z plecakiem zsuniętym z ramienia. W powietrzu pachniała zupa, ale mnie było niedobrze.

— Nie wiem — burknąłem i odwróciłem wzrok.

— Nie wiesz?! — uderzyła dłonią w stół. — Twój ojciec w twoim wieku harował i miał same czwórki. I nie marudził.

To „twój ojciec” bolało najbardziej. Bo ojca od dawna nie było w domu, a jednak siedział między nami jak trzeci krzesło.

— On też uciekał — powiedziałem cicho.

Ewa zamarła.

— Co ty powiedziałeś?

— Widziałem go — wyrzuciłem z siebie, szybciej, zanim znów zabraknie mi odwagi. — W zeszłym tygodniu. Pod zakładem. Stał z chłopakami i palił. Patrzył na mnie, jakbym był obcy.

Jej twarz zrobiła się blada.

— Nie kłam. Nie mieszaj ojca w swoje lenistwo.

— To nie lenistwo! — głos mi pękł. — Ja nie umiem siedzieć w tej ławce, jak mi się trzęsą ręce. Ja nie umiem udawać, że wszystko jest normalnie, jak ty mówisz wszystkim, że „Krzysiu się ogarnie”.

— Ludzie patrzą — syknęła. — Wiesz, co mi powiedziała Iwona na klatce? „Ewa, ty go pilnuj, bo ci zejdzie na złą drogę jak ojciec”. Ja mam się wstydzić własnego dziecka?

— To ja mam się wstydzić? — odpowiedziałem. — W szkole śmieją się, że jestem „synem tego, co uciekł”. A ty chcesz, żebym był jak on… tylko lepszy. Żebym udowodnił, że nie jesteśmy przegrani.

Ewa ścisnęła dziennik tak mocno, że aż pobielały jej knykcie.

— Ja chcę, żebyś miał lepiej. Żebyś nie skończył… — urwała. — Żebyś nie został sam.

— A ja już jestem sam — powiedziałem i poczułem, jak łzy napływają mi do oczu ze złości, nie ze smutku. — Bo jak wracam, to słyszę tylko oceny. Jak mówię, że się boję, to słyszę: „weź się w garść”.

Zapadła cisza. Taka, że słychać było kapanie kranu.

— Gdzie ty byłeś, jak uciekłeś z WOS-u? — zapytała w końcu, ciszej.

Zawahałem się. To było to miejsce, którego nie chciałem jej pokazać, bo bałem się jej spojrzenia.

— Na cmentarzu — powiedziałem. — U babci.

Ewa przymknęła oczy.

— Po co?

— Bo tylko tam nikt niczego ode mnie nie chce — wyrzuciłem. — Usiadłem przy jej grobie. I… przyniosłem kwiaty.

— Jakie kwiaty? — jej głos był już prawie szeptem.

— Białe chryzantemy. Kupiłem za drobne, co miałem na bułkę.

Zobaczyłem, jak jej usta drżą. Oparła się o blat, jakby nagle zabrakło jej sił.

— A ja myślałam, że ty po prostu… że ty mnie karzesz — powiedziała.

— Ja nie karzę. Ja się gubię — odpowiedziałem. — I jeszcze wszyscy mówią, że mam iść drogą ojca. Tylko nikt nie mówi, dokąd ta droga prowadzi.

Ewa podeszła do mnie wolno. Zatrzymała się na moment, jakby nie była pewna, czy ma prawo mnie dotknąć.

— Krzysiu… ja nie umiem tego sama unieść — wyszeptała. — Pracuję, wracam, a potem widzę pały i myślę, że tracę cię tak samo, jak straciłam jego.

— To nie krzycz na mnie jak na niego — powiedziałem. — Bo ja wtedy słyszę jego głos w twoich ustach.

Wtedy płakała już bezgłośnie. A ja stałem sztywno, bo wstydziłem się, że też płaczę.

— Dobra — powiedziała po chwili, ocierając policzek. — Jutro idziemy do pedagoga. I do poradni. Razem. I żadnych tekstów o niedorajdzie. Słyszysz?

— Słyszę — odpowiedziałem.

— I jeszcze jedno — dodała, patrząc mi prosto w oczy. — Nie musisz być jak ojciec. Masz być sobą. Tylko… nie znikaj mi.

Skinąłem głową. Pierwszy raz od dawna poczułem, że ktoś nie ciągnie mnie za kark, tylko stoi obok.

Wieczorem wyszedłem na balkon. Na podwórku ktoś krzyczał na dziecko, ktoś trzaskał drzwiami, ktoś śmiał się za głośno. Polska codzienność. A ja myślałem o tych białych chryzantemach i o tym, jak łatwo człowiekowi wcisnąć w ręce cudze życie.

Czy da się kochać rodzinę i jednocześnie nie dać się jej zgnieść? A wy… kiedy ostatnio ktoś próbował wam wybrać drogę?