Zostawili mnie, żebym umarł – a potem przyszła ta jedna, przeklęta koperta. Jestem Bartek z Poznania i do dziś nie wiem, komu ufać

„Pan Bartek? Musi pan podpisać zgodę na zabieg, ale… najlepiej, żeby ktoś z rodziny też to potwierdził” – powiedziała lekarka i popatrzyła na mnie tak, jakby już wiedziała, że z tą „rodziną” będzie problem.

Leżałem na internie w Poznaniu, w szpitalu na Przybyszewskiego. Rury, kroplówki, ten zapach. Miałem zapalenie trzustki po takim czasie w pracy, że jadłem byle co i popijałem energolami. Niby „sam sobie winien”, ale jak człowiek jeździ po budowach i goni terminy, to się nie zastanawia.

A rodzina… no właśnie.

Ojciec przyszedł pierwszego dnia, ale nie usiadł nawet. Stał w kurtce, jakby miał zaraz uciec.

– Bartek, ty musisz nam dać pełnomocnictwo do konta – rzucił od razu.

– Jakie pełnomocnictwo? Tato, ja tu leżę… – próbowałem się podnieść, ale mnie ścisnęło.

– Nie dramatyzuj. Jak ci się pogorszy, to ktoś musi ogarnąć rachunki, kredyt, mieszkanie…

Wtedy jeszcze miałem ochotę powiedzieć „dzięki, że pytasz jak się czuję”. Ale nie powiedziałem, bo zabrakło siły.

Matka przyszła następnego dnia. Wpadła jak huragan, z reklamówką z Żabki.

– Masz, rosół w słoiku… znaczy, kupiłam gotowy, bo nie mam kiedy. I słuchaj… musimy porozmawiać o twoim mieszkaniu – powiedziała tak, jakbyśmy omawiali kafelki do łazienki.

– O moim mieszkaniu? – aż mi się w głowie zakręciło.

Mam kawalerkę na Ratajach, kupioną na kredyt. Nic wielkiego, ale moje. Wziąłem go, bo miałem dość wynajmów i właścicieli, co co miesiąc „a może podniosę”.

– Bo jakby co, to żeby nie było problemów. Ty nie masz żony, nie masz dzieci. Trzeba to zabezpieczyć – matka ściszyła głos i rozejrzała się po sali.

– Zabezpieczyć komu? – spytałem.

– No… rodzinie. Nam. Żeby ktoś obcy się nie dobrał – powiedziała i spojrzała na mnie takim wzrokiem, że od razu wiedziałem, kogo ma na myśli.

„Obcy” to Anka.

Anka mieszkała ze mną prawie rok. Nie byliśmy małżeństwem, fakt. Ale to była jedyna osoba, która w ogóle odebrała telefon, jak mnie zabrali karetką. To ona dzwoniła do szpitala, to ona dowiozła mi ładowarkę i bokserki, jak już mnie przenieśli na oddział. Tylko że rodzice jej nie znosili, bo „z Poznania to ona jest, ale jakaś taka… cwaniara”.

No i zaczęło się.

Trzeciego dnia usłyszałem ich kłótnię na korytarzu. Myślałem, że to ktoś inny, a to mój ojciec z matką i… siostra Ola.

– Mówię ci, trzeba to załatwić teraz, póki jest przytomny – mówił ojciec.

– Ty się zastanów, co ty gadasz! – syknęła Ola. – To jest Bartek, nie worek ziemniaków.

– Ola, nie pyskuj. Jak umrze, to co? Kredyt zostanie, mieszkanie będzie do sprzedania, a ta jego… Anka się wprowadzi i jeszcze nas poda o zachowek czy coś – matka prawie szeptała, ale słyszałem wszystko.

– Ona nie ma żadnego zachowku, mamo. Nie jest żoną – Ola brzmiała jakby sama już miała dość tej rozmowy.

– Ty nic nie rozumiesz. Jak ona ma klucze? Jak ma jego hasła? – matka.

Ja leżałem za drzwiami i w tym momencie pierwszy raz pomyślałem, że oni serio liczą, że ja nie wyjdę z tego szpitala. I że już układają sobie życie po mnie.

Potem weszła Anka. Widać było, że słyszała końcówkę, bo miała czerwone policzki.

– Bartek… twoja mama mi powiedziała, żebym oddała klucze. I żebym się nie kręciła koło mieszkania, bo „rodzina się zajmie” – rzuciła, próbując mówić normalnie.

– Co? – aż mi się ręce spociły.

– No. I że podobno mam twoją kartę do banku. Ja nie mam, przecież wiesz – powiedziała i patrzyła, czy ja jej uwierzę.

W tamtym momencie byłem wściekły na wszystkich. Na nią też, bo pomyślałem: „a może jednak ma?”. Głupie, wiem, ale jak leżysz w szpitalu i słyszysz takie rzeczy, to ci się robi sieczka w głowie.

Wieczorem zadzwonił ojciec.

– Bartek, słuchaj. Trzeba być rozsądnym. Anka jest miła, ale… ty nie znasz ludzi. Podpiszesz pełnomocnictwo, ja ogarnę bank, raty, wszystko.

– A jak nie podpiszę? – spytałem.

– To będziesz miał syf. Komornik, zaległości… Ty leżysz, nie ogarniesz.

– Tato, ja mam telefon. Mam bank w aplikacji. Co ty mi tu…

– Nie pyskuj. Robimy to dla ciebie.

„Dla ciebie”. Jasne.

I wtedy przyszła ta koperta.

Pielęgniarka przyniosła ją następnego dnia rano.

– Do pana, list polecony. Ktoś zostawił w dyżurce – powiedziała.

Koperta była brązowa, taka zwykła, ale na niej mój pełny adres i dopisek „PILNE”. Nadawca: kancelaria notarialna z Poznania, z Jeżyc.

Ręce mi się trzęsły, jak to otwierałem.

W środku był wypis aktu notarialnego sprzed dwóch lat. I krótkie pismo.

„Panie Bartłomieju, w związku z brakiem możliwości kontaktu telefonicznego informujemy, że w depozycie kancelarii znajduje się koperta z oświadczeniem Pańskiego ojca Jana… do wydania wyłącznie Panu, osobiście. W razie hospitalizacji dopuszcza się wydanie w miejscu pobytu, za okazaniem dowodu.”

I teraz najlepsze: to nie była sprawa mojego mieszkania. To była sprawa mieszkania… mojego ojca.

Wypis mówił jasno: ojciec pół roku temu przepisał swoje mieszkanie w Luboniu na moją siostrę Olę. Darowizna. Zastrzegł sobie dożywocie.

Czyli on już „zabezpieczył rodzinę”. Tylko nie mnie. Siebie.

Siedziałem jak wryty, bo nagle wszystko mi się zaczęło układać. Ojciec naciskał na moje pełnomocnictwo nie dlatego, że bał się o moje raty. Tylko dlatego, że on już nie ma czego mi „dać”, a jakby coś się stało ze mną, to moja kawalerka byłaby jedynym sensownym majątkiem do podziału.

Wkurzyłem się tak, że aż mi kroplówka zadrżała.

Zadzwoniłem do Oli.

– Ola, ty wiesz o tym? – i przeczytałem jej fragment.

Cisza.

– Wiem – powiedziała cicho.

– I nic mi nie powiedziałaś?

– Bartek, bo… tata mi kazał. Powiedział, że jak ci powiem, to będzie wojna i że mama się posypie. A ja… ja mam dzieci, kredyt, nie mam siły na ich awantury – wyrzuciła z siebie.

– Czyli wszyscy tu kręcą, tylko ja leżę jak idiota.

– Nie mów tak. Ja… ja się zgodziłam, bo tata powiedział, że to „na wszelki wypadek”, że jak on umrze, to mama zostanie z niczym, a ty i tak masz swoje – usłyszałem w jej głosie, że ona sama nie wie, czy w to wierzy.

I wtedy przyszła matka. Jak zobaczyła kopertę na moim stoliku, od razu jej się oczy zrobiły wąskie.

– Co to jest?

– Akt notarialny. O tym, jak tata przepisał mieszkanie na Olę – powiedziałem.

– Skąd ty to masz?! – podniosła głos. – Kto ci to dał?

– Nieważne. Ważne, że wy tu gracie moim mieszkaniem, a sami już podzieliliście swoje.

– Bo ty byś nie zrozumiał! – matka prawie krzyczała. – Ojciec chciał zabezpieczyć Olę, bo ona ma rodzinę! A ty… ty zawsze byłeś taki samodzielny, taki mądry, wszystko sam! To teraz też bądź mądry!

– Czyli jak jestem „samodzielny”, to mogę sobie umrzeć i jeszcze mam podpisać papiery? – powiedziałem i sam się zdziwiłem, że mi głos nie pękł.

Wtedy ojciec wszedł i zobaczył, że już wszystko wiem.

– Bartek, nie rób scen. Ty nie rozumiesz, ile to kosztuje, ile rzeczy trzeba ogarnąć. Matka jeździ do pracy, Ola ma dzieci, a ty… – zaczął.

– A ja co? – przerwałem mu. – Ja leżę tu i słyszę, że liczycie mój kredyt, jakbym już był trupem.

Ojciec się zaczerwienił.

– Bo my się boimy! – wypalił. – Ty myślisz, że ja się nie boję? Tylko ja nie umiem inaczej gadać!

I to był pierwszy moment, kiedy on zabrzmiał… normalnie. Nie jak ktoś, kto przyszedł po łup, tylko jak facet, który nie ogarnia emocji, więc gada o papierach.

Ale zaraz potem dodał:

– A Anka? Skąd wiesz, że ona nie chce tego mieszkania? Dzisiaj jest, jutro jej nie ma.

I tu mnie zamurowało, bo… ja też tego nie wiem. Serio.

Anka usiadła później przy łóżku i powiedziała:

– Bartek, ja nie chcę twojego mieszkania. Ja chcę, żebyś wyszedł stąd cały. Tylko… jak twoi rodzice zaczną mnie ciągać, to ja nie mam siły. Ja mam swoją robotę, swoją mamę chorą pod Śremem… Ja nie dam rady wojować.

No i teraz mam mętlik.

Bo z jednej strony rodzice zachowali się paskudnie. Rozmawiali o moim majątku, zanim ktoś mnie w ogóle zapytał, czy ja się boję, czy mnie boli, czy ja mam kogoś przy sobie. Z drugiej… oni naprawdę są z tego pokolenia, co nie umie mówić o strachu, tylko o „załatwianiu”. I jeszcze to, że ojciec przepisał mieszkanie na Olę – może i pod siebie, ale też… może serio myślał, że ja „dam radę”.

A ja? Ja teraz mam przed sobą decyzję: czy dać im jakiekolwiek pełnomocnictwa, czy odciąć ich od moich spraw na amen, czy w ogóle pisać testament, czy ufać Ance, czy… sam nie wiem. Najgorsze, że po tej kopercie już nic nie jest czarno-białe.

Siedzę w domu, jeszcze na lekkiej diecie, i jak widzę powiadomienie od mamy, to mi się ręka sama zaciska na telefonie. A potem mam wyrzuty, bo to jednak mama.

Co byście zrobili na moim miejscu: dalibyście rodzinie dostęp do konta i papierów „na wszelki wypadek”, czy trzymali wszystko tylko przy sobie i spisali testament, żeby już nikt nic nie kombinował?